środa, 31 grudnia 2008

May the force be with you

Tuskeni

Przeciwnik bezwzględny i na tak dobrych pozycjach, jak chyba nigdy dotąd. Dlatego niech moc trafnego komentarza i ciętej riposty Was w 2009 roku nie opuszcza drodzy przyjaciele. Natomiast wszystkim Tuskenom, którzy z natury nienawidzą przedstawicieli wszelkich obcych ras i najczęściej atakują ich przy pierwszej nadarzającej się okazji, życzę by w nadchodzącym roku znaleźli swojego Anakina Skywalkera.

piątek, 12 grudnia 2008

Telewizory zamiast karabinów

44 proc. Polaków uważa, że stan wojenny był potrzebny - wynika z sondażu TNS OBOP dla programu "Forum" w TVP Info. Przeciwnego zdania jest 38 proc. pytanych, zaś prawie jedna piąta (18 proc.) uczestników badania nie potrafiła wskazać odpowiedzi.

Można to skwitować tyko tym, że gdyby następnym razem stan wojenny był jeszcze "potrzebny" wcale nie trzeba go będzie wprowadzać. Lepsze rezultaty oddziaływania na Polskie społeczeństwo niż czołgi i karabiny dadzą media. Bo to tylko ich zasługa, że ten sondaż wygląda tak a nie inaczej.

sobota, 22 listopada 2008

Za co cenię Jarosława Kaczyńskiego?

Za chłodną, racjonalną i trafną ocenę działań politycznego przeciwnika i nie przyjmowanie reguł (czy raczej ich kompletnego braku!), jakie on narzuca, bo byłoby to szkodliwe dla Polski. Polityka to jednak coś więcej niż cynizm, uszminkowany wizerunek i czarny piar. Polityce nie wolno podporządkować tego jednego - dobra kraju, w którym tę politykę się uprawia. Platforma zatraciła dobro Polski już kilka lat temu. Jarosław Kaczyński jest moją ostatnią nadzieją, że w Polsce będzie jeszcze normalnie.

Praktycznie zostało podane w wątpliwość wszystko, łącznie z najbardziej oczywistymi przepisami konstytucji. Nic nie istnieje, nie ma żadnej reguły. Wszystko można negocjować, atakować, podważać. To kompletne rozbicie podstawowych struktur życia publicznego. Wydawałoby się, że następuje to tylko na poziomie języka, ale tak naprawdę dotyczy to istoty rzeczy. To jest niszczenie polskiego życia publicznego i będziemy się po tym długo zbierać. I dzieje się to wyłącznie w grupowym interesie, bo nawet nie w interesie całej partii. Dochodzi do tego wyuczona przez PO socjotechnika, że polemika zaczyna się zawsze od inwektywy.


Cały wywiad z byłym premierem tutaj.

Polski Spielberg

Gorąco polecam wywiad w dzisiejszej Rzepie z Juliuszem Machulskim, dla mnie najlepszym polskim reżyserem (jestem zakochany w wielu jego filmach), w którym mówi głównie o projekcie filmu o Powstaniu Warszawskim, ale też i o kuriozalnym Westerplatte (fragment poniżej).


(Juliusz Machulski) Problem z Westerplatte nie leży w tym, czy można nakręcić krytyczny film o jego obrońcach czy nie, tylko że eksperci Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej przyznali dotację człowiekowi, który nigdy w życiu nie stał za kamerą! On nawet gdyby się najlepiej starał, to film i tak byłby klęską. Tu cudów nie ma. Reżyser filmowy to jest bardzo poważny zawód. Ten projekt niejako ontologicznie skazany był na fiasko. Oczywiście żaden z dziennikarzy piszących o filmie tego aspektu nie poruszył. Mam wrażenie, że krytycy filmowi ciągle za mało wiedzą na temat produkcji filmowej. Gdyby pan Chochlew przyszedł do mnie z najlepszym nawet scenariuszem, zaproponowałbym mu, żeby najpierw został asystentem, żeby się czegoś nauczył.

(Piotr Gociek) Ale kłótnia o scenariusz o Westerplatte pokazała inny problem. Skoro państwo daje pieniądze na filmy, to przecież ma prawo decydować, na jakie scenariusze idą pieniądze z dotacji.

Uważam, że państwo nie powinno się merytorycznie wtrącać do scenariuszy. Oczywiście może nie przyznać pieniędzy. I tyle. Jeśli zdecyduje się, że przyznaje, to niech już się potem nie wtrąca. Ale to raczej postulat do ekspertów PISF, żeby mieli więcej wyobraźni przy ocenianiu projektów. Z tym Westerplatte to było rzeczywiście kuriozum.

wtorek, 18 listopada 2008

W czyim interesie gra ABW?

Warto obejrzeć dzisiejszy "Kwadrans po ósmej", w którym wypunktowano grę służbami, jaką prowadzi PO. Gośćmi byli Wassermann i Graś. Graś nie był w stanie przedstawić żadnego argumentu, poza tym, że "nie ma sprawy". W internecie tego nie widać, ale w TV czerwienił się jak burak. Mam nadzieję, że na zjaranej cegle się nie skończy i przyjdzie w końcu czas na wzięcie odpowiedzialności za te skandaliczne rozgrywki ze służbami specjalnymi w roli głównej. W jednej sprawie, politycznego ataku na Komisję Weryfikacyjną, niemal nie doprowadzono dziennikarza do śmierci, w drugiej - interes prywatnego operatora telekomunikacyjnego bierze górę nad interesem państwa za sprawą samego szefa ABW!

Bezpośredni link do zapisu wideo.

środa, 15 października 2008

Gdy na tronie siedzi..

Ze specjalną dedykacją dla Donalda Tuska i całej jego ferajny.

poniedziałek, 13 października 2008

Dyplomacja par excellence na kolanach

"Jako minister spraw zagranicznych mówię: panie prezydencie klękam przed panem na kolanach i proszę, proszę.."*



*) Radosław Sikorski w dzisiejszym wywiadzie dla Radia Zet.

piątek, 10 października 2008

Miała być druga Irlandia

A jest druga.. Islandia. Czy Polska zasłużyła na taki cud gospodarczy?

poniedziałek, 15 września 2008

Reklamowa kampania wrześniowa



Choć w samym filmiku nie ma nic złego, bo to zwykła sonda uliczna, to fakt, że pochodzi ze strony wkraczamy.pl, świadczy o tym, że jest elementem kampanii reklamowej. Jakiej? Jeszcze nie wiadomo.

Dla niektórych "kreatywnych" nie ma jednak jak widać żadnej różnicy między kampanią reklamową i.. kampanią wrześniową 1939 roku, która była początkiem II wojny światowej jakże tragicznej dla Polaków. Warto zadać sobie pytanie, czy reklama musi wkraczać nawet do masowych grobów? Bo to przecież mogiły tysięcy oficerów, pomordowanych w Katyniu, Charkowie, Miednoje i innych miejscach kaźni były bezpośrednim efektem "wkroczenia" (nota bene to eufemizm peerelowskiej propagandy) Sowietów do Polski w 1939 roku.



Skandal jest zatem jak w banku i o jego wywołanie chodzi autorom tej kampanii. Nazwa firmy oraz agencji reklamowej zostaną wymienione w mediach wiele razy. Po jakimś czasie o skandalu się zapomni, a w świadomości konsumentów pozostanie tylko zareklamowana w ten sposób marka.

niedziela, 17 sierpnia 2008

Rząd na tarczy

Nigdy nie kwestionowałem zasadności zainstalowania amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce. Jednak moment, w którym zostało parafowane porozumienie przez rząd PO z Amerykanami w tej sprawie był najgorszy z możliwych. Świadczy o matolstwie dyplomatycznym albo nieodpowiedzialności najwyższych lotów. Podpisanie porozumienia w momencie ataku Rosji na Gruzję zdradza, że rząd PO za jedno z państw "zbójeckich", przed którymi tarcza ma chronić USA i Zachód, uważa Rosję. A założeniem tarczy nigdy nie była obrona przed Rosją.

Paniczne finalizowanie umowy z Amerykanami przez platformerskich negocjatorów w czasie najbardziej zaognionego stadium konfliktu Rosji z Gruzją świadczy o kompletnym braku jakiejkolwiek strategii dyplomatycznej w tej sprawie. Ale gdy najpierw rząd wstrzymał porozumienie, bo sondaże mogłyby przysporzyć popularności prezydentowi, to nie dziwi i to, że na dalsze przeciąganie negocjacji w niepewnej sytuacji rząd nie mógł już sobie pozwolić. Czyżby los zemścił się na Platformie za to, że nie zgodziła się na tarczę w dogodnym momencie, gdy namawiał do niej prezydent?

A może moment podpisania porozumienia wybrano także na podstawie sondażu, gdy okazało się, że zdecydowana postawa wobec Rosji może przynieść polityczną korzyść? Może. Tyle tylko, że rząd PO postąpił dokładnie tak, jakby na tarczy antyrakietowej wymalował napis "Od wuja Sama dla Miedwiediewa i Putina. Z pozdrowieniami od Polski". A tego nawet sam wuj Sam nie planował. I ja się nie dziwię, że w TYM momencie niektórzy rosyjscy politycy mogą reagować nerwowo na tarczę. Dlatego za taką sondażową politykę rządu PO przyjdzie prawdopodobnie zapłacić pogorszeniem stosunków z Rosją. Zamieszanie wokół negocjacji w sprawie tarczy pokazuje dobitnie, jak groźne dla Polski są nieodpowiedzialne rządy Platformy Obywatelskiej.

czwartek, 19 czerwca 2008

Przyczynek do historii III RP

Szkoda, że prawdziwa historia III RP, bo nie chodzi tu bynajmniej o samego Lecha Wałęsę, jest pisana dopiero teraz. Ale lepiej późno niż wcale, bo przecież tak niewiele brakowało, żeby książka będąca do tej historii przyczynkiem nigdy nie ujrzała światła dziennego, historykom zamknięto usta na dobre, a instytut, dzięki któremu mogli prowadzić badania naukowe, nigdy nie powstał, został zlikwidowany lub odebrano mu pieczę nad archiwami. Co tu zresztą dalej się rozwodzić - fakty są najbardziej wymowne..


Piotr Gontarczyk, Sławomir Cenckiewicz 19-06-2008, ostatnia aktualizacja 19-06-2008 09:02

Zmowa milczenia

Porozumienie zawarte przy Okrągłym Stole przez grupę przywódców opozycji z komunistycznymi władzami miało dalekosiężne negatywne skutki. Z lidera demokratycznych przemian po roku Polska pozostała już w tyle za sąsiadami. Kiedy Vaclav Havel został przywódcą Czechosłowacji, na Węgrzech przeprowadzono wolne wybory parlamentarne, a w NRD publicznie padały nazwiska komunistycznych konfidentów, w Polsce prezydentem był gen. Wojciech Jaruzelski, szefem MSW gen. Czesław Kiszczak, a ministrem obrony narodowej gen. Florian Siwicki.

Rząd Tadeusza Mazowieckiego* był przeciwny rozliczeniom z dawnym systemem i otwarciu archiwów SB. Na przełomie lat 1989/1990 zarówno premier, jak i niektórzy członkowie jego gabinetu publicznie krytykowali próby likwidacji symboli komunistycznych, przejęcie przez państwo majątku PZPR, a nawet akcentowali potrzebę dalszej obecności wojsk sowieckich w Polsce.

Szef MSW Krzysztof Kozłowski* sprzeciwiał się otwarciu archiwów bezpieki: „rzucenie tego materiału na żer opinii publicznej byłoby czymś nieludzkim, dającym tylko pożywkę dla najgorszych instynktów. Jest dla mnie rzeczą oczywistą, bo są na to dowody w kartotekach, że istnieje grupa ludzi – nie chcę określać jej wielkości – która została złamana przez resort i upodlona. Gdyby ludzie ci przez publiczne ujawnienie ich kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa po raz drugi zostali rzuceni na dno, skończyłoby się to falą samobójstw”.

W parze z podobnym stanowiskiem szła bierność, jeśli nie przyzwolenie, na masowe „brakowanie” dokumentów archiwalnych komunistycznej policji. Właśnie w czasach rządu Mazowieckiego dokonano największych zniszczeń w archiwach SB. Antylustracyjne stanowisko prezentował kolejny polski rząd kierowany przez Jana Krzysztofa Bieleckiego.

Szef MSW tego rządu, Henryk Majewski, przekonywał publicznie, że akta SB są niekompletne, niewiarygodne, a ujawnienie agentów doprowadzi do kryzysu politycznego i gospodarczego: „Państwa zachodnich demokracji postrzegają Polskę jako kraj stabilizujący swoją sytuację wewnętrzną, czego wyrazem jest systematyczny rozwój wzajemnych stosunków. Otwiera to drogę do intensyfikacji współpracy ekonomicznej z takimi państwami jak Stany Zjednoczone, Francja, Wielka Brytania i inne, a także napływu kapitału. Nie ma żadnej wątpliwości, że ujawnienie nazwisk byłych tajnych współpracowników w znacznym stopniu naruszyłoby osiągniętą w kraju równowagę polityczną i w konsekwencji zahamowałoby te pozytywne trendy w sferze współpracy ekonomicznej”.

Taka była wersja oficjalna. Nieoficjalnie kolejne ekipy rządowe dokonywały sprawdzeń w archiwach SB, kto z czołowych polityków i parlamentarzystów był w przeszłości agentem bezpieki. Jednak o przeprowadzeniu lustracji najważniejszych stanowisk państwowych, co leżało przecież w żywotnym interesie państwa, nie mogło być nawet mowy.

Autor książki na temat polskiej lustracji – Piotr Grzelak, nazwał problem po prostu „zmową milczenia”: „tylko nieliczni posłowie Sejmu kontraktowego opowiadali się za ujawnieniem agentów. Zdecydowana większość – wywodząca się z PZPR bądź opozycji związanej ustaleniami w Magdalence i przy Okrągłym Stole – skutecznie blokowała wszelkie inicjatywy dotyczące ewentualnego ujawnienia agentów SB”.

Kwadratura koła

Pierwsze wolne wybory parlamentarne odbyły się w Polsce 27 października 1991 r. Po długotrwałych i skomplikowanych negocjacjach głównie głosami partii centrowych i prawicowych, sejmowej drobnicy oraz PSL powołano rząd Jana Olszewskiego. Wybór ten oznaczał wyraźne zmiany polityczne w Polsce, bowiem Olszewski był bezkompromisowym zwolennikiem lustracji, dekomunizacji i – przez zreformowanie armii, policji i służb specjalnych – personalnego i strukturalnego odejścia Polski od spuścizny PRL.

W nowym rządzie tekę ministra spraw wewnętrznych objął współzałożyciel Komitetu Obrony Robotników Antoni Macierewicz. Dopiero po pewnym czasie udało mu się pokonać opór prezydenta i odwołać szefa UOP Andrzeja Milczanowskiego. Jego następcą został przyjaciel Macierewicza z KOR, Piotr Naimski. Obaj dostali od poprzedników dokumenty identyfikujące Wałęsę jako TW „Bolka”.

Wydarzenia z czerwca 1992 r. to prawdopodobnie ostatni moment, w którym Lech Wałęsa mógł opowiedzieć prawdziwą historię TW „Bolka”

Macierewicz wspominał: „Kwestia agenturalności Lecha Wałęsy stanowiła jeden z głównych problemów, przed którym stanął minister spraw wewnętrznych w związku z planami przeprowadzenia lustracji. Było bowiem oczywiste, że jeżeli lustracja ma dotknąć także prezydenta RP, to cała operacja staje się kwadraturą koła”. Minister Macierewicz relacjonował potem, że w poufnej rozmowie Lech Wałęsa usiłował wpłynąć na niego, by w sytuacji, kiedy zaszłaby konieczność ujawniania byłych agentów, ujawniać tylko tych, którzy podjęli współpracę po wydarzeniach czerwca 1976 r. Warto zauważyć, że TW „Bolek” został zdjęty niedługo przed tą datą.

Możliwość współpracy z SB legendarnego przywódcy „Solidarności” dla większości współpracowników Macierewicza była trudna do przyjęcia. Niektórzy po prostu nie mogli uwierzyć. Poza tym zdawano sobie sprawę, że rzekome dowody agenturalności Wałęsy były kolportowane w latach 80. przez Służbę Bezpieczeństwa. Przełomem okazało się odnalezienie dokumentów Biura Studiów SB dotyczących właśnie tych operacji. Według nich chodziło o „“przedłużenie działalności” TW ps. „Bolek”, tj. Lecha Wałęsy, o minimum dziesięć lat”. Oznaczało to, że Służba Bezpieczeństwa chciała wywołać wrażenie, że działalność TW „Bolka” nie zakończyła się w 1976 r. Potem odnajdowano kolejne dokumenty.

Tymczasem stosunki rządu Olszewskiego z Wałęsą od początku były złe i stale się pogarszały. Do otwartego konfliktu doszło w drugiej połowie maja 1992 r. przy okazji podpisywania traktatu polsko-rosyjskiego. Jego podłożem były zapewne typowe różnice polityczne, ale z drugiej strony w rządzie Jana Olszewskiego pojawiały się głosy, że „miękka” postawa Wałęsy wobec rosyjskiego partnera może być spowodowana strachem przed wiedzą Moskwy na temat jego kontaktów z SB.

Według raportu ówczesnego szefa kontrwywiadu UOP Konstantego Miodowicza podległe mu służby miały uzyskać informację, jakoby Rosjanie dysponowali dokumentami sporządzonymi przez Lecha Wałęsę jako TW „Bolek”. Według wspomnianej notatki: „grafolodzy nie mieliby trudności z potwierdzeniem ich autentyczności”.

Rolnik na premiera

Trwały zakulisowe działania zmierzające do odwołania rządu. Już w drugiej połowie maja następowało wyraźne ożywienie w kontaktach PSL i prezydenta. Pośrednikiem i architektem tego procesu był Aleksander Bentkowski, były minister sprawiedliwości w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Odnotowany w ewidencji operacyjnej SB jako agent o pseudonimach Arnold i Kamil, do zwolenników rządu Olszewskiego, a przede wszystkim lustracji, Bentkowski nie należał.

Warto wspomnieć, że później, przed ważnymi głosowaniami sejmowymi w sprawie lustracji, „sprywatyzowane” przez byłych funkcjonariuszy SB dokumenty TW „Arnolda” i TW „Kamila” były publikowane w tygodniku „Nie”.

W tym czasie Bronisław Geremek* rozpoczął promowanie w prezydium Unii Demokratycznej Waldemara Pawlaka jako kandydata na premiera. Waldemar Kuczyński stawia tezę, że Geremek i Wałęsa chcieli za pomocą lidera PSL „wysadzić” rząd Olszewskiego.

Podobne działania podejmował Tadeusz Mazowiecki.

2 czerwca 1992 r. na raucie w ambasadzie włoskiej doszło do znamiennej wymiany zdań między Mieczysławem Wachowskim a jednym z liderów UD – Jackiem Kuroniem. Kuroń wspominał:

„Powiedziałem mu, że teraz, po zgłoszeniu uchwały lustracyjnej, już rozumiem, że nie ma rady – trzeba przepędzić szkodników. Mietek popatrzył na mnie uważnie i powiedział:

– Ale do tego przepędzenia trzeba się bardzo poważnie przygotować.– Co zrobić? – zapytałem.

– Przydałby się wam jakiś rolnik jako kandydat na premiera”.

Nieszczęście dla Polski

28 maja 1992 r. poseł Janusz Korwin-Mikke zgłosił wniosek o przeprowadzenie lustracji osób piastujących najwyższe stanowiska państwowe. Przedstawiciele Unii Demokratycznej i Kongresu Liberalno-Demokratycznego usiłowali zablokować uchwałę, opuszczając salę sejmową. Chcieli w ten sposób zerwać kworum. Kalkulacje zawiodły, bo na sali zostało o dwie osoby więcej, niż wymagało tego prawo. Wobec opuszczenia sali obrad przez posłów UD i KLD oraz wstrzymania się od głosu postkomunistów po dyskusji zdecydowaną większością głosów została przegłosowana uchwała w brzmieniu:

Macierewicz był przez Wachowskiego odwodzony od umieszczenia Lecha Wałęsy na liście agentów argumentem, że „byłaby to tragedia dla Polski”

„Niniejszym zobowiązuje się ministra spraw wewnętrznych do podania do 6 czerwca 1992 r. pełnej informacji na temat urzędników państwowych od szczebla wojewody wzwyż, a także senatorów, posłów, a do dwóch miesięcy – sędziów, prokuratorów, adwokatów oraz do sześciu miesięcy – radnych gmin i członków zarządów gmin, będących współpracownikami Urzędu Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa w latach 1945 – 1990”.

Wydarzenia polityczne nabierały tempa. Na drugi dzień po przyjęciu przez Sejm RP uchwały lustracyjnej z 28 maja 1992 r. w imieniu grupy 65 posłów Unii Demokratycznej, Kongresu Liberalno-Demokratycznego i Polskiego Programu Gospodarczego (tzw. mała koalicja) Jan Maria Rokita złożył w Sejmie wniosek o wotum nieufności dla gabinetu Jana Olszewskiego. Zarówno w samym wniosku, jak i w późniejszych wypowiedziach rządowi stawiano szereg zarzutów dotyczących np. prowadzonej przezeń polityki gospodarczej, natomiast nie padały słowa dotyczące lustracji.

Znacząca była też postawa środowiska „Gazety Wyborczej” kierowanej przez Adama Michnika*. O ile informacja o złożeniu wotum nieufności wobec rządu została jedynie wzmiankowana, o tyle tematem dnia była uchwała Sejmu z 28 maja 1992 r. oraz wywody na temat tego, jakimi sztuczkami prawniczymi można wstrzymać jej realizację.

29 maja 1992 r. prezydent Lech Wałęsa wezwał do Belwederu ministra Antoniego Macierewicza. Fragment znamiennego dialogu został pokazany w telewizji. „To jest zbyt skomplikowana sprawa – mówił Wałęsa – by rząd, by nawet prezydent, którego naród wybrał, mógł decydować bez konstrukcji prawnej, jak to ma być wykonane. Bez możliwości odwołania, udowodnienia. […] Proszę pana, bardzo szeroka uchwała, bardzo nieprecyzyjne wykonanie może być bardzo wielkim nieszczęściem dla Polski. Ja ostrzegam pana i proszę o wielkie zastanowienie. Pan to dobrze wie, co było robione w latach 70. Jakie podrzutki, jakie rzeczy do dzisiaj jeszcze krążą”.

„Pracowaliśmy cztery miesiące – przekonywał Macierewicz – by wszystkie możliwe posądzenia, uchybienia, fałszerstwa zostały wyeliminowane. I gwarantuję panu, panie prezydencie, że wszystko, co zostanie ujawnione, będzie absolutnie zgodne z prawdą”.

Prezydent podważał więc wiarygodność archiwaliów SB i wspomniał o fałszywych dokumentach z lat 70. Minister Macierewicz uznał rozmowę za element presji i „działania wyprzedzające” Lecha Wałęsy. Obecność telewizji oraz sposób przeprowadzenia rozmowy zinterpretował jako sygnał prezydenta, że zaatakuje on wykonawców ustawy, i demonstrację, jakich użyje wówczas argumentów.

Macierewicz nie krył później, że był przez Mieczysława Wachowskiego odwodzony od umieszczenia Lecha Wałęsy na liście agentów argumentem, że „byłaby to tragedia dla Polski”. Jednak bez względu na stanowisko i intencje prezydenta podwładni Macierewicza poszukiwali dotyczącej Wałęsy dokumentacji.

W ścisłym otoczeniu premiera zapadła decyzja o pokazaniu akt Moczulskiego innym członkom kierownictwa KPN i tym samym spowodowania odsunięcia go od władzy w partii

Kwerenda Bollina

Już te dokumenty, które Macierewicz otrzymał w kopercie po swoich poprzednikach i odnalazł przed uchwałą Sejmu z 28 maja 1992 r., wystarczyły, by umieścić nazwisko Wałęsy na liście osób, co do których zachowały się dokumenty archiwalne dotyczące współpracy z SB. Jednak aby wyświetlić wszystkie aspekty sprawy, należało dokonać kwerendy w archiwum Delegatury UOP w Gdańsku. Kierował nią mjr Adam Hodysz, były oficer SB, który w latach 80. podjął współpracę z podziemiem, został zdemaskowany i trafił do więzienia. Kiedy do Gdańska przybyli z centrali pracownicy Wydziału Studiów, udzielił im pomocy.

Po teczce personalnej i teczce pracy TW „Bolka” nie było nawet śladu. Kluczowe okazały się dokumenty odnalezione wcześniej przez naczelnika Wydziału Ewidencji i Archiwum porucznika Krzysztofa Bollina. Nie służył on w SB, a do UOP przyszedł w 1990 r. W czasie jednej z kwerend archiwalnych, w 1991 r., natrafił na ślady działalności TW „Bolka”.

Wcześniej słyszał o całej sprawie, bo przeszłość Wałęsy była w Delegaturze tajemnicą poliszynela. W 1992 r. w notatce służbowej napisał: „osobiście kilkakrotnie w prywatnych rozmowach z byłymi funkcjonariuszami SB słyszałem o współpracy Lecha Wałęsy z SB”. Poruszony dokonanym odkryciem zaczął poszerzać kwerendę. W jej rezultacie w aktach dwóch spraw obiektowych: „Arka” (prowadzonej na Stocznię Gdańską) oraz „Jesień ,70” (prowadzonej po zajściach grudniowych 1970 r.), Bollin odnalazł ponad 20 donosów TW „Bolka”. Były to maszynowe odpisy sporządzone przez oficerów prowadzących „Bolka”, bowiem oryginał meldunków trafiał zawsze do teczki TW.

W sprawie kryptonim Klan/Związek, prowadzonej w latach 80. i dotyczącej gdańskiej „Solidarności”, także znalazł notatkę na temat przeszłości Wałęsy. Najważniejsze były jednak donosy „Bolka”. Dotyczyły głównie pracowników Wydziału W-4 w Stoczni Gdańskiej oraz członków Komitetu Strajkowego, jaki działał w Stoczni w czasie zajść grudniowych 1970 r. Krąg podejrzanych był więc stosunkowo niewielki, a zachowane w Warszawie dokumenty ewidencyjne dotyczące Lecha Wałęsy stawiały sprawę w dość jednoznacznym świetle. Całe znalezisko porucznik Bollin opisał w sporządzonych w czerwcu 1991 r. notatkach, które wraz z kopiami donosów „Bolka” schował do kasy pancernej.

Kiedy do Delegatury UOP w Gdańsku 1 czerwca 1992 r. po akta dotyczące Lecha Wałęsy przybyli podwładni Macierewicza, otrzymali od Bollina kopie znalezionych przez niego dokumentów i sporządzone notatki służbowe. Wspomniany oficer przygotował do nich także pismo przewodnie: „Zgodnie z przekazanym mi przez Pana […] na podstawie pańskiego upoważnienia oraz zgodnie z pańskim poleceniem telefonicznym przekazuję za pośrednictwem Pana […] notatki służbowe sporządzone na podstawie materiałów archiwalnych dotyczące tajnego współpracownika ps. Bolek (87 stron). Notatki te zostały przeze mnie sporządzone osobiście i dotychczas nikt nie był z nimi zapoznany”.

Razem z tymi dokumentami pracownicy Wydziału Studiów zabrali do Warszawy odpowiednie tomy akt archiwalnych, gdzie znajdowały się doniesienia TW „Bolka”. Nie było wątpliwości, że wszystkie zgromadzone dokumenty są autentyczne.

Zablokować tych ludzi!

Tymczasem nad gabinetem Olszewskiego zbierały się czarne chmury. Głosowanie w sprawie wotum nieufności zaplanowano na 5 czerwca 1992 r. Ugrupowania trwale wspierające rząd (przede wszystkim Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, Porozumienie Centrum i Porozumienie Ludowe) były zbyt słabe, by zapobiec jego upadkowi w takim samym stopniu, jak siły jego przeciwników („mała koalicja” plus SLD) nie wystarczały, żeby go obalić. Kluczowa była więc postawa Polskiego Stronnictwa Ludowego i Konfederacji Polski Niepodległej.

W kierownictwie PSL dojrzewał plan poparcia sił dążących do odwołania rządu w zamian za stanowisko premiera dla Waldemara Pawlaka. Premier mógł jeszcze próbować uzyskać wsparcie KPN. W czasie rozmów z rządem lider tej partii Leszek Moczulski zażądał dla siebie funkcji wicepremiera i ministra obrony, a dla KPN kilkunastu wysokich stanowisk państwowych. Ale kłopot polegał na tym, że Moczulski był w przeszłości agentem komunistycznej policji (TW „Lech”), toteż powierzenie mu funkcji wicepremiera, a przede wszystkim szefa MON, uznano w rządzie za niemożliwe.

W ścisłym otoczeniu premiera zapadła decyzja o pokazaniu akt Moczulskiego innym członkom kierownictwa KPN i tym samym spowodowania odsunięcia go od władzy w partii. Jednak pozycja Leszka Moczulskiego była w KPN zbyt silna, by działania te przyniosły pozytywny rezultat. Wobec jasnej postawy w stosunku do rządu, jaką zajmowały wówczas tzw. mała koalicja i SLD, los gabinetu Olszewskiego stawał się przesądzony.

Na posiedzeniu Konwentu Seniorów prezydent rozdał kartki z zapisem swojej rzekomej telefonicznej rozmowy z Kiszczakiem, który miał potwierdzić, że akta „Bolka” zostały sfabrykowane

4 czerwca 1992 r. rano minister Macierewicz przekazał Sejmowi 66 nazwisk osób, co do których zachowały się dokumenty świadczące o współpracy z SB. Wśród nich było nazwisko Lecha Wałęsy. Początkowo prezydent znalazł się w defensywie i wydał oświadczenie, w którym potwierdzał podpisanie kilku dokumentów w czasie kontaktów z SB. Jednak po telefonicznych konsultacjach z Bronisławem Geremkiem, Jackiem Kuroniem i Leszkiem Moczulskim zorientował się, że można odwołać rząd.

Wtedy wydał kolejny komunikat: „Teczki ze zbiorów MSW uruchomiono wybiórczo. Podobny charakter ma ich zawartość. Znajdujące się w nich materiały zostały w dużej części sfabrykowane. […] Zastosowana procedura jest działaniem pozaprawnym. Umożliwia polityczny szantaż. Całkowicie destabilizuje struktury państwa i partii politycznych. Kwestie etyczne związane z tą operacją, mającą już w swoim założeniu charakter manipulacji, pozostawiam bez komentarza”.

Prezydent zaangażował się w natychmiastowe odwołanie rządu. W sejmowych kuluarach grupa liderów czołowych ugrupowań politycznych spotkała się z prezydentem w sprawie odwołania rządu Jana Olszewskiego. Główną rolę w obradach, prócz Lecha Wałęsy, odgrywał inny polityk mający sporo do stracenia – Leszek Moczulski.

Oto fragment prowadzonych wówczas rozmów. Wałęsa: „Wy nie wiecie, jak daleko oni zaszli, dlatego trzeba ich błyskawicznie. Natychmiast, dzisiaj!”. Pawlak: „Tylko, że to jest trochę gangsterski chwyt”. Wałęsa: „Słuchajcie, bo jak [Pawlak] nie przejdzie, to jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji. Toż możemy się porozumieć, że później będziemy robić różne układanki jeszcze. Ale natychmiast trzeba zablokować tych ludzi, żeby nie przyszli do biura!”.

Insekty w szparach

Z chwilą powrotu prezydenta i liderów klubów na salę sejmową los rządu Olszewskiego został przesądzony. W jego obronie stanęli jednak posłowie Józef Frączek (PL), Jarosław Kaczyński (PC) oraz Stefan Niesiołowski (ZChN). W debacie wystąpił też poseł Kazimierz Świtoń, który bez ogródek stwierdził: „Jako stary opozycjonista odpowiedzialny za swoje słowa, pragnę powiedzieć, że na drugiej liście jest pan prezydent jako agent Służby Bezpieczeństwa”.

Po burzliwej debacie rząd został odwołany wyraźną większością głosów. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami 5 czerwca 1992 r. na premiera wybrano Waldemara Pawlaka. Nowy premier w pierwszej kolejności doprowadził do usunięcia szefów MON i MSW. Na drugi dzień ludzie Wałęsy – Andrzej Milczanowski i Jerzy Konieczny – przejęli kontrolę nad dokumentacją dotyczącą TW ps. Bolek.

Wykonawcy uchwały lustracyjnej stali się celem brutalnej akcji propagandowej. Jej ton nadawali postkomuniści oraz politycy związani z Unią Demokratyczną i środowiskiem „Gazety Wyborczej”. Bronisław Geremek ogłosił publicznie, że działania rządu 4 czerwca 1992 r. „nosiły wszelkie znamiona zamachu stanu”. Antoniego Macierewicza ostro skrytykował Jacek Kuroń, nazywając go „chorym facetem chcącym zniszczyć państwo”. Jeszcze w maju Władysław Frasyniuk* i Zbigniew Bujak* publicznie oskarżyli Macierewicza, że w czasie stanu wojennego wyszedł z podziemia na skutek porozumienia z generałem Czesławem Kiszczakiem.

Z kolei Piotrowi Naimskiemu zarzucili podpisanie tzw. lojalki, czyli deklaracji lojalności wobec władz w czasie trwania stanu wojennego. Oba oskarżenia nie zostały poparte żadnymi dowodami. Rzecznik prasowy prezydenta Andrzej Drzycimski nazwał polityków prawicy „biegnącymi w szparach chodników insektami”. Poetka Wisława Szymborska* opublikowała w „Wyborczej” list pt. „Nienawiść”, który miał być swego rodzaju literackim opisem motywacji zwolenników lustracji.

Działania Wałęsy ostro skrytykowały władze „Solidarności”, natomiast wychwalał go generał Wojciech Jaruzelski: „Kto sieje nienawiść, ten przegrywa. Niedobrze się stało, że dzisiaj, kiedy krajowi i całemu społeczeństwu potrzeba spokoju, siły kierujące się emocjami zasiały niepokój i poczucie zagrożenia. Rad jestem, że sprawy zostały opanowane i chcę podkreślić w tym szczególną rolę Lecha Wałęsy”.

W rozgrywki polityczne przeciwko prawicy zaangażowano także UOP i prokuraturę. Przy gabinecie ministra Andrzeja Milczanowskiego istniał wówczas specjalny Zespół Inspekcyjno-Operacyjny kierowany przez byłego oficera SB płk. Jana Lesiaka. Do jego głównych zadań należała inwigilacja i dezintegracja środowisk polskiej prawicy. Oficerowie kontrwywiadu UOP byli nawet zmuszani do zrywania w Warszawie plakatów nawołujących do antywałęsowskich demonstracji. Podobne akcje przeprowadzali funkcjonariusze WSI.

Teatr Wałęsy

W marcu zastępca prokuratora generalnego (potem szef Kancelarii Prezydenta RP Lecha Wałęsy) Stanisław Iwanicki złożył wniosek o uchylenie immunitetu poselskiego Antoniego Macierewicza, który zdaniem prokuratury – przesyłając Sejmowi informacje żądane w uchwale z 28 maja 1992 r. – nie zachował stosownych przepisów, przez co „ujawnił tajemnicę państwową”, którą wcześniej nałożono „ze względu na bezpieczeństwo państwa”.

W końcu stycznia 1993 r. Lech Wałęsa podejmował kroki, które w jego mniemaniu miały oczyścić go z zarzutu współpracy z SB. Podczas posiedzenia Konwentu Seniorów prezydent rozdał kartki z zapisem swojej rzekomej telefonicznej rozmowy z Czesławem Kiszczakiem, który miał potwierdzić, że akta „Bolka” zostały sfabrykowane.

Nieco poważniejszą próbą było zwrócenie się z prośbą do Andrzeja Milczanowskiego o opublikowanie dotyczących go dokumentów oraz do pierwszego prezesa Sądu Najwyższego o rozstrzygnięcie sprawy jego współpracy z SB. Archiwów SB ostatecznie nie otworzono ze względu na sprzeciw min. Andrzeja Milczanowskiego. W lutym 1993 r. sprawa wydawała się zamknięta. Rzecznik prasowy Andrzej Drzycimski podsumował: „Prezydent powiedział już wszystko w tej sprawie. […] W sytuacji gdy obaj panowie odmówili, powołując się na formalne ograniczenia, prezydentowi pozostaje mieć nadzieję, że sprawa w naturalny sposób wygaśnie”.

Dziś wiadomo, że ówczesne działania Lecha Wałęsy zmierzające do otwarcia teczki „Bolka” były tylko politycznym teatrem. Z ustaleń prokuratury i Urzędu Ochrony Państwa wynika, że już kilka miesięcy wcześniej prezydent i jego ludzie z kierownictwa MSW doprowadzili do „wyprowadzenia” z archiwum UOP najważniejszych dokumentów dotyczących tajnego współpracownika pseudonim „Bolek”.

Dramatyczne wydarzenia z czerwca 1992 r. były prawdopodobnie ostatnim momentem, w którym Lech Wałęsa mógł opowiedzieć prawdziwą historię TW „Bolka”. Ale jest zasadnicze pytanie, czy w ogóle brał taką ewentualność pod uwagę. Analiza wydarzeń wskazuje, że szansa na taki rozwój wydarzeń była niewielka.

Klimat polityczny Polski początku lat 90. zdecydowanie nie sprzyjał ujawnianiu współpracy i rzetelnej próbie zrozumienia jej okoliczności. Choć wydaje się, że ujawnienie historii TW „Bolka” nie wpłynęłoby na ocenę dokonań Wałęsy w latach 80. Rola, jaką odegrał w tych czasach, zapewniła mu należne miejsce w historii. Wałęsa pozostanie niekwestionowanym bohaterem „Solidarności” dla następnych pokoleń Polaków.

Można nawet założyć, że opisanie przez niego historii, jak młody człowiek uwikłał się w kontakty z komunistyczną policją, a potem wyzwolił się i stanął na czele „Solidarności”, tylko podkreśliłoby jego zasługi na drodze do obalenia komunizmu. Prawda uwolniłaby go przed brzemieniem przeszłości, a innym pokazałaby, jak skomplikowane są najnowsze dzieje Polski i jak ważne jest ich ujawnienie i zrozumienie.

Długi cień PRL

Lech Wałęsa obrał w 1992 r. inną drogę. Konsekwencją tego wyboru było podjęcie działań ukierunkowanych na zatarcie śladów swojej działalności z lat 70. Niszczenie i „wyprowadzanie” dokumentów SB i UOP dotyczących TW „Bolka”, „prywatyzowanie” akt archiwalnych innych opozycjonistów, łamanie prawa przez wielu wysokich urzędników państwowych – to najważniejsze konsekwencje błędnej decyzji, jaką Lech Wałęsa podjął w czerwcu 1992 r.Były prezydent ponosi za te wydarzenia historyczną odpowiedzialność. Ale nie on jeden przecież. Wszystko to mogło wydarzyć się dzięki postawie znacznej części postsolidarnościowych elit politycznych i mediów opowiadających się przeciwko ujawnieniu akt SB.

Dyskusje na temat historii TW „Bolka” i jej znaczenia dla najnowszej historii Polski pewnie będą trwały, bowiem ukazuje ona szereg ważnych, znajdujących się w tle problemów. Systemowa i personalna ciągłość z PRL, brak jawności życia publicznego i promowanie swoistej amnezji historycznej odcisnęły silne piętno na funkcjonowaniu polskiej demokracji. Niemałą rolę w powstaniu tych patologii odegrał symbol „Solidarności” – Lech Wałęsa, już jako prezydent RP.

* Sygnatariusze listu z maja 2008 r., w którym autorów niniejszego artykułu i książki o Lechu Wałęsienazwano „policjantami pamięci stosującymi pełne nienawiści metody tamtych czasów, gwałcącymi prawdę i naruszającymi fundamentalne zasady etyczne”.

Autorzy są historykami z Instytutu Pamięci Narodowej

Źródło : Rzeczpospolita


piątek, 13 czerwca 2008

Chamstwo Lisów nie zna granic

Od kiedy do zespołu redakcyjnego Wiadomości TVP dołączyła Hanna Lis nie słabnie konflikt w tej redakcji. Prezenterka zażądała od prezesa TVP, by usunął z "Wiadomości" Krzysztofa Raka, szefa serwisu, oraz dwóch reporterów - Piotra Czyszkowskiego oraz Krzysztofa Galimskiego. Wsparcia swojej żonie udzielił zaraz Tomasz Lis. Reporterów Wiadomości, których nie urzekł "profesjonalizm" jego żony nazwał: "pan gwiazdor >>Misji Specjalnej<<", "pan asystent Ziobry" oraz "znana wyprowadzaczka psa marszałka Dorna".

Co do pierwszych dwóch reporterów domyślam się, że jest to zemsta za to, iż zajmowali się spółką J&S, z właścicielami której Tomasz Lis odbywa wspólne rejsy na jachcie. Natomiast jeśli chodzi o "wyprowadzaczkę psa marszałka Dorna", to przypomnę, że chodzi o znaną blogerkę, która już raz została o to "obwiniona" przez Wyborczą. I już kilka miesięcy temu tłumaczyła, że Saby nie widziała na oczy, natomiast to, co połączyło jej los z Ludwikiem Dornem było.. wykonanie ilustracji do jego książki.

Nie wyobrażam sobie, aby ludzie żądający w prywatnej zemście wyrzucenia na bruk współpracowników oraz dopuszczający się publicznie prymitywnych i chamskich o nich wypowiedzi mogli dalej prowadzić programy w publicznej telewizji.

"Nie" dla Zooropy

Czy to przypadek, że Irlandczycy odrzucili w referendum Traktat lizboński? Zapewne nie, biorąc pod uwagę to, że najsławniejszy Irlandczyk śpiewał o jednoczącej się Europie, jako Zooropie, już w.. 93 roku.



W tekście tytułowego utworu z albumu Zooropa znajdujemy taki dwuwiersz:

And I have no religion
And I don't know what's what

Ostatni wers był głównym argumentem Irlandczyków na "nie" dla traktatu. Minęło 15 lat.. ale na szczęście pamiętali. No bo czyż utwory U2 można zapomnieć..


PS. Budyń, myślę, że napiszę kiedyś w podobnym kontekście o "Spirtit of 84" ;)

wtorek, 10 czerwca 2008

Piszą o nas! O Blog.media.pl w Gazecie Polskiej

"Jeśli jest się uczciwym blogerem, szuka się miejsc czystych, które są wolne od wpływu patologicznych mediów. W wyniku takich tęsknot powstał nowy portal internetowy Blog.media.pl - spontanicznie i z potrzeby serca. Portal stworzony przez blogerów bez wielkich pieniędzy, bez reklamy i bez wsparcia znanych nazwisk. Jego ideą jest agregacja i promocja niezależnych blogerów o poglądach prawicowych. Jest to miejsce, gdzie można podyskutować z ludźmi o bardzo wyrazistych poglądach, mieszkającymi w innych miastach, krajach czy na innych kontynentach".

Tak pięknie o naszym nowym portalu napisał Danz. Sam wspierający jego powstawanie od samego niemal początku, czyli od jesiennych wyborów. Napisał to jednak nie na swoim blogu, lecz.. w "Gazecie Polskiej". Artykuł "Blaski i cienie blogosfery" - polecam gorąco, czyta się go z przyjemnością - zajmuje całą kolumnę "Opinii Blogerów" - rubryki stworzonej przez Pawła Paliwodę. Publicysta "GP" pisze bloga właśnie na BMPL-u, więc wsparcie wielkich nazwisk jednak już mamy. "Gapol" z tym artykułem od jutra w kioskach..

środa, 4 czerwca 2008

Szybka lekcja historii

Tylko 2 minuty i 45 sekund. No i ta muzyka inspirowana Matriksem..

czwartek, 29 maja 2008

Bo pracowali w państwowej spółce

Ileż to przez niecały rok się zmieniło. Można już nazywać kogoś złodziejem, zanim skaże sie go prawomocnym wyrokiem. A nawet zanim odbędzie się proces. Ba, wniosku do prokuratury nawet nie było.. "Bratanek Antoniego Macierewicza i Piotr Woyciechowski kradli publiczne pieniądze, bo pracowali w państwowej spółce, wykorzystywali swoje funkcje i państwowe pieniądze". Tako rzecze Zbigniew Chlebowski, szef klubu PO.

Jakiej to "kradzieży" dopuścili się wyżej wymienieni? Będąc członkami zarządu jednej ze spółek sektora energetycznego odbywali podróże służbowe, a rozwiązanie ich umów o pracę wiąże się z wypłatą odpraw. Odprawy są między innymi po to, aby właśnie zabezpieczyć zarządy państwowych spółek przed zwalnianiem ich przez nowe rządy bez merytorycznych podstaw.

No ale skoro w zarządzie firmy zasiada "bratanek Macierewicza", który dla Zbigniewa Chlebowskiego nie ma nawet własnego imienia, to już żadne dodatkowe powody nie są potrzebne. Trzeba tylko pokrzyczeć "łapaj złodzieja" i samemu.. kraść w najlepsze stanowiska. A media utworzą jeszcze parasol nad tymi, co zrobią POrządek. Gdyby o takiej wydumanej "kradzieży" powiedział ktoś z PiS-u zostałby przez media zlinczowany.

Co więcej, zawsze przez media napiętnowywane były nowe rządy za to, że robią skok na stanowiska w państwowych spółkach. Że obsadzają synekury wygłodniałym aparatem. Teraz mamy do czynienia z sytuacją zgoła odwrotną. Piętnowani są ci, którzy są zwalniania. I to naprawdę jest cud..

PS. Polecam ciekawy artykuł poruszający wątek WSI w tej sprawie.

czwartek, 22 maja 2008

Fahrenheit 451 tu i teraz

"Fahrenheit 451" to książka i film, które wywarły na mnie duże wrażenie w młodości. Choć zetknąłem się z nimi za komuny, nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że staną się aktualne także w wolnej Polsce. Tytułowe 451 stopni Fahrenheita to temperatura w jakiej spala się papier - w powieści Raya Bradbury'ego książki były zakazane i spalało je specjalne komando "strażaków"..

Fahrenheit 451

Takiego symbolicznego spalenia mającej się dopiero ukazać(!) książki Gontarczyka i Cenckiewicza o Lechu Wałęsie, dokonują politycy Platformy Obywatelskiej i Partii Demokratycznej oraz tzw. autorytety, czyli intelektualne celebrities związane ze środowiskiem "Gazety Wyborczej". Trudno pozostać obojętnym na stwierdzenia tychże, podpisanych pod listem w obronie Wałęsy, że historycy IPN "gwałcą prawdę i naruszają fundamentalne zasady etyczne" oraz "szkodzą Polsce" albo, że ci "policjanci pamięci stosują pełne nienawiści metody tamtych czasów" podczas, gdy postponowanej książki nie zna jeszcze nikt oprócz samych autorów.

Minęło już 16 lat odkąd Lech Wałęsa znalazł się na tzw. Liście Macierewicza jako tajny współpracownik o ps. Bolek. Od tamtego czasu nie ukazała się żadna naukowa praca na ten temat. Miało natomiast miejsce zniszczenie w tajemniczych okolicznościach akt TW Bolka po tym jak zostały wypożyczone do Pałacu Prezydenckiego. Nagonka na historyków IPN, przygotowujących opracowanie, zapoczątkowana przez Donalda Tuska w listopadzie ubiegłego roku, pokazuje z jaką determinacją działa TW Bolek i jego możni stronnicy..

PS. Chcesz wolności badań naukowych w Polsce? Podpisz petycję w obronie historyków IPN! Weź udział w akcji blogerów zrzeszonych w Blog.media.pl.

poniedziałek, 19 maja 2008

Bezlitosne rozliczenie - suplement

Pelargonia, jedna z komentatorek Blog.media.pl, napisała pod moim poprzednim wpisem (o poturbowaniu Grzegorza Brauna przez tajniaków, jak się później okazało.. policjantów), że absolutnie nie wierzy w to, iż akcja ta nie była zaplanowana. Że "to nie był żaden zbieg okoliczności, p. Braun dawno został wzięty na cel, szukali tylko okazji, żeby go łapnąć. Metody, jak widać, nie zmieniły się od czasów UB".

Uważam, że nawet jeśli nie była to zaplanowana akcja, to są podstawy do tego, żeby twierdzić, iż pośrednio może być za nią odpowiedzialny urzędujący premier. To bowiem Donald Tusk nawoływał do "bezlitosnych rozliczeń" z tymi, którzy podają do publicznej wiadomości niewygodne dla Lecha Wałęsy fakty z jego przeszłości. Czy nadgorliwcy nie zrozumieli tego zbyt dosłownie? W szczególności funkcjonariusze, których premier jest najwyższym przełożonym? Tego oczywiście nie można przesądzić.

Bezsporne jest natomiast to, że metody "operacyjne" nie zmieniły się u niektórych funkcjonariuszy aparatu przymusu od czasów UB. Tak jak kilka tygodni temu celowo wyłamano palce Grzegorzowi Braunowi, tak za komuny wyłamywano je podczas przesłuchań na komisariatach Milicji Obywatelskiej. Jak to robiono - pokazuje na filmie Wojciech Cejrowski, organizator protestów w stanie wojennym i szkolny kolega pobitego na śmierć Grzegorza Przemyka..

Bezlitosne rozliczenie?

"Kilkakrotnie ponowiłem wezwania do wylegitymowania się. Ale oni tymczasem chwycili mnie już za ramiona i zaczęli ciągnąć „na stronę”. Zrobiło się ich więcej – może czterech, może sześciu. Trudno mi było liczyć, bo tymczasem ci pierwsi wykręcili mi już ręce – co w naturalny sposób zawęziło moje pole widzenia, jako że jednocześnie mój kark przygięty został do ziemi.

Pamiętam, że kilkakrotnie wypowiedziałem słowa: „Nie stawiam oporu”. W odpowiedzi zostałem powalony na bruk – przy czym ktoś strącił mi okulary. Ręce wykręcone na plecy zostały skute kajdankami, które jeden z anonimowych napastników zacisnął jeszcze dodatkowo, by bardziej bolało. Owszem, bolało – ale nie to najbardziej. Bo zaraz potem któryś z dziarskich chłopców wyłamał mi palce."

Za komentarz do wyżej opisanych wydarzeń, których pełna relacja znajduje się tu, niech posłuży moja rozmowa z przypadkowo napotkanym, znajomym zwolennikiem Platformy Obywatelskiej. Zapis rozmowy może się różnić w szczegółach od oryginału, ale sens zachowałem.

ckwadrat - Nie wylegitymowali się, wykręcili za to ręce, skuli kajdankami, kark przygięli do ziemi,.. wyłamali kciuki!

zwolennik PO - Kto i komu to zrobił?!
Kajdanki zdradzają, że sprawcami byli jacyś "funkcjonariusze"..

-
Tak jest w istocie.

- Jak to się stało?
Złapali jakiegoś przestępcę na gorącym uczynku?

- Nie, to było podczas demonstracji, ale nie na niej samej, tylko obok.

- A, to pewnie na jakiejś antyreżimówce za komuny?


- Nie.

- No to za Ziobry i Kaczyńskiego na jakiejś manifie? [śmiech] Chociaż nie, przecież mówiliby o tym we wszystkich dziennikach przez kilka tygodni..

- Nie wiem z czego tu się śmiać, bo człowiek ma do tej pory trudności z pisaniem z powodu wyłamanych kciuków. Zdarzyło się to.. niecałe dwa miesiące temu.

- No tak, sorry, nie patyczkowali się z nim. Któż został zatem tak zmaltretowany i upokorzony? Chociaż nad czym tu się rozwodzić, wiadomo, że chodzi pewnie o jakiegoś kibola.


- I tu jesteś w błędzie. Chodzi o.. reżysera, którzy obserwował legalną demonstrację.

- No tak, gdzie drwa robią, tam wióry lecą, mógł się tam nie pchać, bo przecież
każdego może coś takiego przypadkiem spotkać.

- Czy aby przypadkiem? "..na pewno zrobię z tym porządek. Co do tego nie miejcie wątpliwości. Tacy ludzie, którzy usiłują niszczyć autorytet Polski i życia publicznego w Polsce wewnątrz i za granicą zostaną z tego bezlitośnie rozliczeni" powiedział przecież jeszcze kandydat na premiera Donald Tusk w kontekście książki przygotowywanej przez historyków IPN o Lechu Wałęsie. O kontaktach "autorytetu życia publicznego w Polsce" z SB traktuje dokument "Plusy dodatnie, plusy ujemne", którego reżyserem jest Grzegorz Braun. To właśnie on został tak potraktowany przez policję..

- [cisza]

sobota, 17 maja 2008

19 lat czytania "Gazety Wyborczej" zrobiło swoje

Drogi Adasiu, 19 lat codziennego czytania "Gazety Wyborczej" nie mogło pozostać bez wpływu na moją biedną głowę. Przez 50 lat mego czynnego życia zrobiłem wiele filmów, spektakli w teatrze i w telewizji, ale mój podpis pod dokumentem dającym życie "Gazecie Wyborczej" jest i będzie czymś najważniejszym.

Zostałem dziś Człowiekiem Roku "Gazety Wyborczej". Muszę sobie zadać pytanie, czy miniony rok to był dobry rok? Czy jestem człowiekiem dobrego roku 2007? Tak. Przede wszystkim upadły rządy PiS, LPR i Samoobrony. Niestety jednak został IPN i nadal próbuje nas straszyć teczkami. I tak dalej..

piątek, 16 maja 2008

Bo Platformy nie umiłował

Potwierdziły się informacje o zwolnieniu Ryszarda Makowskiego ze stanowiska kierownika Domu Kultury na warszawskiej Pradze-Północ (zarządzanej przez PO) za to, że zamieścił na YouTube piosenkę “Platforma Cię Kocha”. Zamiast hymnów na cześć rządzącej partii, ośmielił się zrobić satyrę więc wyrzucili go na bruk. Nikt zwolnienia Makowskiego nie uzasadnił nawet cieniem merytorycznego zarzutu, a zarządcy dzielnicy pozbyli się go, zanim ustalili, komu zwolnione stanowisko ofiarują.

Platforma cię kocha, siuba, siuba,
Czy chcesz tego, czy nie, siuba, siuba,
Jest rrrrromantycznie..


czwartek, 15 maja 2008

Karpiniuk: udusić Macierewicza

"Pan Macierewicz powinien mieć w tej sprawie embargo na oddech."

To ostateczny "argument" Sebastiana Karpiniuka,

Sebastian Karpiniuk

posła rządzącej Platformy Obywatelskiej, w dyskusji w dzisiejszym programie "Warto rozmawiać". Tematem programu była szykanująca opozycję i członków komisji weryfikacyjnej oraz zastraszająca dziennikarzy akcja ABW sprzed dwóch dni. Panie pośle, a może od razu zagazować całą opozycję..

Pikieta przed kancelarią Donalda Tuska - relacje zebrane

Relacja wideo na polityczni.pl.

Fotorelacje MarkaD, followa (na Salonie24 i na prywatnej stronie) oraz fotoreportera Niezależnej.pl.

Kilka słów Maryli, ukryta(!) relacja Niezależnej.pl, wrażenia Leskiego, notka Rybitzkiego, uwagi Jaku po wygranej bitwie.

Krótka wideorelacja na portalu TVN24 i zdjęcie plakatu z logo protestu w powiązanym tematycznie newsie.

Protest pod kancelarią premiera

Żart sądowy

Warszawski Sąd Okręgowy uznał, że w śledztwie, które odnośnie stanu wojennego przeprowadził IPN, znajdują się istotne luki. Owe luki to brak zeznań byłej premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher, byłego kanclerza RFN Helmuta Schmidta, byłego I sekretarza KPZR Michaiła Gorbaczowa i Zbigniewa Brzezińskiego, doradcy prezydenta Jimmy’ego Cartera. To od wyników przesłuchań tych polityków sąd uzależnił podjęcie sprawy.

To nie jest żart
- to prawdziwa informacja. Ale żart ze sprawiedliwości jest to jak najbardziej. Tyle tylko, że ten "żart sądowy" nie kojarzy mi się wcale z dobrym dowcipem, lecz z "mordami sądowymi". To sytuacja bardzo podobna do tej, kiedy kara śmierci orzekana przez dyspozycyjne stalinowskie sądy służyła do eliminacji przeciwników reżimu komunistycznego i zastraszania społeczeństwa. "Żart sądowy" posłużył do tego, aby autorzy stanu wojennego, czyli członkowie tegoż reżimu w jego schyłkowej postaci, uniknęli jakiejkolwiek odpowiedzialności przed wymiarem sprawiedliwości.

środa, 14 maja 2008

Nie dajmy się zastraszyć!

Jeden dzień z pracy ABW. Przeszukania u dwóch członków komisji weryfikacyjnej WSI: u jednego przeszukano.. tornister i piórnik jego dziecka, u drugiego.. poddano rewizji osobistej dziennikarzy z ekipy TVP filmującej zdarzenie. Teren był niezabezpieczony, więc dziennikarze najnormalniej weszli z włączoną kamerą do domu Piotra Bączka, u którego trwało przeszukanie. Funkcjonariusze ABW nie chcieli się wylegitymować dziennikarzom. Wezwali policję, która odmówiła bezprawnych działań przeciwko dziennikarzom. No to sami wzięli się do roboty - kazali dziennikarzom ściągnąć spodnie, a następnie ich obmacali. Wyrwali telefony komórkowe, zarekwirowali kamerę, kasety i prywatne pendrive'y.

Jeden z członków komisji weryfikacyjnej, u którego doszło do przeszukania jest asystentem posła, zasiadającego w komisji ds. - koń by się teraz uśmiał - rzekomych nacisków na służby specjalne za rządów PiS. A wczorajsze przeszukania zaordynowała.. prokuratura krajowa. Przeszukań dokonano u osób, którym nie przedstawiono żadnych zarzutów.


Protestuje przeciwko bezprawnym działaniom funkcjonariuszy ABW wobec dziennikarzy. Funkcjonariusze powinni zostać pociągnięci do odpowiedzialności służbowej.

Protestuję przeciwko zastraszaniu członków komisji weryfikującej wojskowe służby specjalne, nie poddane takim działaniom od czasów zbrodniczego komunistycznego reżimu. Proces weryfikacji WSI powinien zostać zakończony bez nacisków aparatu przymusu obecnej władzy.

Protestuję przeciwko wykorzystywaniu służby specjalnej i prokuratury w celu osiągnięcia doraźnych politycznych celów przez rządzącą Platformę Obywatelską i jej sprzymierzeńców.


Platforma,  cenzura

NIE DAJMY SIĘ ZASTRASZYĆ! POLSKA TO NIE BIAŁORUŚ! SPOTKAJMY SIĘ DZIŚ 14 MAJA O 19 POD KANCELARIĄ PREMIERA.

niedziela, 11 maja 2008

Dziennikarze i pismacy

"Niech żaden pismak nie straszy Polaków tym, że jak zabraknie nam 300 km autostrady, to zabiorą nam organizację Euro 2012. To bzdura." Tako rzekł Mirosław Drzewiecki, minister sportu w rządzie POPSL.

Mirosław Drzewiecki

Może to i bzdura ale dziwi tak ostra wypowiedź ministra rządu "miłości". Tym bardziej że jakoś "pismacy" szczególnie taką wizją nie "straszą". Wygląda więc na to, że straszy sam minister. Czyli, jeśli jakiś dziennikarz ośmieli się napomknąć o zbyt wolnych przygotowaniach do organizacji Euro, to zostanie uznany za pismaka. Niech zatem nikomu lepiej takie rzeczy nie przychodzą do głowy..

Najbardziej niepokojące jest to, że za krytykę na łamach gazet lub czasopism miłościwie nam panującej Platformy Obywatelskiej można zostać naznaczonym niewybrednym określeniem. Mamy więc dzielenie dziennikarzy na dwie kategorie - lepszą, słodzącą i podlizującą się rządowi i gorszą, która ośmiela się przedstawiać obiektywne zagrożenia. Czuję w wypowiedzi ministra Drzewieckiego butę i pogardę dla wyrażających opinie inne niż dopuszcza rząd. To już stało się wręcz znakiem rozpoznawczym tej zawłaszczającej państwo liberalno-chłopskiej koalicji.. bo jak mówi przysłowie: "Kto wyjdzie z chama na pana, nie ma gorszego gałgana".

środa, 7 maja 2008

To się nazywa konsekwencja

Z piątkowego orędzia Donalda Tuska:
"Jak Państwo wiecie, w tych dniach prowadzę ze swoimi ministrami prace nad budżetem. Zapowiedziałem już, że będę bezwzględnie obcinał zbędne wydatki, ale - drodzy Państwo - są takie cele, na które trzeba wydawać pieniądze, bo to, co zainwestujemy dziś, przyniesie nam stokrotne zyski w przyszłości."

Tusk i Liszka
Donald Tusk i rzeczniczka rządu Agnieszka Liszka (fot. CIR)

Z dzisiejszej prasy:
2 mln 548 tys. 411 zł to kwota, jaką rząd Donalda Tuska przekazał wybranym stacjom telewizyjnym za emisję w dniach 28 kwietnia - 15 maja br. reklamówek promujących przyszłe "sukcesy rządu" - serii telewizyjnych spotów typu "wybudujemy autostrady" i "powstaną mosty". Największy kawałek finansowego tortu przypadł mediom należącym do koncernu ITI - TVN, TVN 24 i TVN 7 oraz mediom należącym do Zygmunta Solorza-Żaka - Polsatowi i TV 4.

wtorek, 6 maja 2008

Oszczędni i szybcy

Donald Tusk mówił w pierwszomajowym orędziu m.in., że głodne dzieci to hańba i że jego rząd wdroży specjalny program, który zapewni gorący posiłek w szkołach. W długi weekend rząd POPSL zebrał się nawet na specjalnym posiedzeniu, aby szukać oszczędności w administracji. A nie czas ograniczyć wreszcie budżet PR tego rządu?

Okazuje się bowiem, że na produkcję orędzia wydano kilkanaście tysięcy złotych i to zupełnie niepotrzebnie. Wersja oficjalna jest oczywiście inna - zdaniem specjalnego sztabu PR z kancelarii premiera produkcja orędzia w prywatnej firmie miała być tańsza niż w TVP. Jeśli jednak ktoś ma wątpliwości, że to tylko PR, na dodatek drogi i cyniczny, warto zapoznać się z informacją rzeczniczki TVP w tej sprawie. Aneta Wrona przypomniała, że na mocy ustawy o radiofonii i telewizji i rozporządzenia Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji TVP ma obowiązek nieodpłatnego przygotowania tego typu wystąpień.

Pijarowcy z kancelarii premiera finansując orędziem Donalda Tuska prywatną firmę chcieli również wyłgać się tym, ze TVP nie przygotowałaby orędzia tak szybko, jak prywatna firma. Argument śmiechu warty, bo trudno akurat odmówić TVP profesjonalizmu, a i takich rzeczy jak orędzie nie zamawia się przecież w ostatniej chwili. A gdyby nawet, to nie łaska wystąpić panie Donaldzie na żywo? Byłoby szybko i tanio. No ale przecież nie o to chodziło..

niedziela, 4 maja 2008

Rozśpiewany plac

Na pl. Teatralny w Warszawie przyszło wczoraj kilka tysięcy osób, aby posłuchać piosenek i występów kabaretowych Jana Pietrzaka, Ryszarda Makowskiego i Marcina Wolskiego oraz wspólnie pośpiewać pieśni patriotyczne wraz z wschodzącą gwiazdą estrady Dominiką Świątek. Trzecia edycja koncertu "Polskie śpiewanie" odbyła się z okazji rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja.

Mimo zimnej i wietrznej aury, choć na szczęście nie padało, artyści szybko rozgrzali publiczność, która co chwila wybuchała śmiechem lub nagradzała ich brawami. Nie zabrakło m.in. takich hitów, jak "Żeby Polska była Polską" Pietrzaka, piosenki jakże dzisiaj jeszcze aktualnej oraz "Platforma kocha cię" Makowskiego w wersji ostrzejszej(!) niż ta na YouTube. Tradycyjnie już podczas "Polskiego śpiewania" rozdawane były śpiewniki i flagi narodowe.

Poniżej fotorelacja.


10.23 - ostatnia narada przed przygotowaniami do koncertu

Polskie śpiewanie

Z informacjami o takim koncercie trudno przebić się do głównonurtowych mediów, dlatego żaden nośnik reklamowy nie może się zmarnować..
Polskie śpiewanie

Czy to przygrywka do koncertu? Nie, to żołnierze przygotowują się do wymarszu na 3-majowe uroczystości na pl. Piłsudskiego
Polskie śpiewanie

Choć pododdziały Wojska Polskiego zajmują teraz (11 z minutami) cały pl. Teatralny, to za parę minut nie będzie po nich śladu
Polskie śpiewanie

W południe przy Grobie Nieznanego Żołnierza rozpoczyna się uroczysta odprawa wart. Zjechali się właśnie ministrowie i marszałkowie z PO. Na zapleczu trybuny honorowej roi się od policji, BOR-owców i żandarmerii wojskowej. Ale w telewizorze tego nie będzie widać..
Polskie śpiewanie

W tym samym czasie po drugiej stronie Teatru Wielkiego niemal nic nie zapowiada tego, że za kilkadziesiąt minut wystąpią tu..
Polskie śpiewanie

..największe gwiazdy polskiego kabaretu: Jan Pietrzak,
Jan Pietrzak

Marcin Wolski (tu wraz z organizatorką koncertu Anitą Czerwińską uzgadnia scenariusz imprezy),
Marcin Wolski Anita Czerwińska

i Ryszard Makowski
Ryszard Makowski

Za kulisami ostatnie przygotowania (tu: Dominika Świątek i jej akompaniator)..

Dominika Świątek

.. bo za chwilę naczelny "Gazety Polskiej" Tomasz Sakiewicz da chorągiewką sygnał do startu
Tomasz Sakiewicz

Tak artyści prezentowali się na scenie:
Polskie śpiewanie

Polskie śpiewanie

Polskie śpiewanie

Polskie śpiewanie

Polskie śpiewanie

Polskie śpiewanie

Polskie śpiewanie

Polskie śpiewanie

Polskie śpiewanie

Śpiewała oczywiście także publiczność, bo to było "Polskie śpiewanie"..
Polskie śpiewanie

Polskie śpiewanie

Polskie śpiewanie

Polskie śpiewanie

Polskie śpiewanie

Polskie śpiewanie

Polskie śpiewanie

PS. Po koncercie w jednej z warszawskich restauracji - pan Jan i najmłodsi pomocnicy: Tymek, Bartek i Marek
Tymek, Bartek, Marek i Janek

piątek, 2 maja 2008

Polskie śpiewanie

Spotkajmy się jutro, w rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja, na pl. Teatralnym w Warszawie.

Polskie śpiewanie - plakat

Choć tradycyjnie dobra pogoda dopisała organizatorom pochodów 1-majowych, a jutro może być różnie, warto pokazać, że prawica z cukru nie jest i gardeł nawet w deszcz nie żałuje.

A tak było na zeszłorocznym koncercie "Polskie śpiewanie" w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego:

Koncert Polskie śpiewanie

Koncert Polskie śpiewanie

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Konkurencja czy monopol

Bojkot nierzetelnych mediów przez blogerów miał w sobie coś z poniższej satyry. Tak jak rynek odzieży, obuwia i elektroniki zdominowany jest przez chińską produkcję, tak niemal wszystkie portale informacyjne są lewicowo-liberalne. Sympatyzującego z prawicą źródła informacji dotyczącego bieżących wydarzeń w polskim internecie się nie uświadczy.

bojkot Chiny

Ale to przecież nie oznacza, żeby siedzieć cicho. Czasem trzeba użyć "chińskiej szczekaczki", czyli odnieść się do nierzetelnego tytułu prasowego, żeby pokazać produkowane na jego łamach kłamstwa. Tego bloger polityczny nie uniknie, czy wręcz to jego chleb powszedni. Ale ma również prawo nawoływać do bojkotu przesiąkniętej manipulacją prasy. I nie ma w tym żadnej nielogiczności, jak to usiłują dowieść przeciwnicy akcji - zawłaszczenie niemal całej przestrzeni dyskusji publicznej przez jedną opcję ideowo-polityczną im widać odpowiada.

Warto jednak żeby zdawali sobie sprawę z tego, że tak jak głównym wyznacznikiem wolnego rynku jest swobodna konkurencja przedsiębiorstw, tak fundamentem wolności słowa i demokracji jest konkurencja idei, światopoglądów i programów politycznych. A konkurencję tę może zapewnić tylko spluralizowany i zrównoważony rynek mediów. Takiego w Polsce jednak brakuje..

sobota, 12 kwietnia 2008

Bojkot dezinformujących mediów

A P E L

Ogłaszamy bojkot nierzetelnych i dezinformujących opinię publiczną mediów.

Mamy prawo do rzetelnej informacji o Polsce i świecie. Tymczasem dzień w dzień poddawani jesteśmy swoistej tresurze i dezinformacji przez zawłaszczające przestrzeń dyskursu publicznego telewizje i gazety, jak TVN, "Dziennik", czy wybijające się w kłamstwie i manipulacji "Gazetę Wyborczą" i radio TOK FM. Zbłądzić może każdy, ale po tylu latach niezliczonych kłamstw i manipulacji - kupować np. "Wyborczą", reklamować się w niej, czy kupować reklamowane tam towary - może ktoś, kto świadomie chce wspierać ściśle politycznie określoną machinę medialną.

bojkot mediów

NIE MUSISZ - NIE KUPUJ! NIE OGLĄDAJ! NIE SŁUCHAJ!

Inicjatorka akcji - Aspiryna

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

Fałszerstwa i dwuznaczności

"Lustracja w Polsce przyniosła więcej szkód niż dobrodziejstw. Okazało się, że w imię prawdy można stworzyć mnóstwo fałszerstw i dwuznaczności". Przebywająca na Sycylii Wisława Szymborska takim dialektycznym łamańcem podsumowała lustrację w Polsce. Stosując tę marksistowską logikę można stwierdzić, że mądry gada mnóstwo głupstw, a na pogrzebie to wszystkim tak naprawdę jest wesoło. Albo - to akurat z życia poetki wzięte - aby płynąć bezpiecznie w głównym nurcie, trzeba potaplać się w rynsztoku..

piątek, 4 kwietnia 2008

Sejm tylko dla dworskich dziennikarzy

Aż dziewięciu dziennikarzom "Naszego Dziennika", którzy od lat codziennie relacjonowali pracę Sejmu, komisji parlamentarnych, informując o wydarzeniach tak z życia koalicji, jak i opozycji, odmówiono wydania stałych przepustek umożliwiających pracę w parlamencie. Wstępu w kuluary, najatrakcyjniejsze miejsce pracy każdego sejmowego fotoreportera, odmówiono m.in. Markowi Borawskiemu, który od dziesięciu lat codziennie dokumentował pracę posłów i senatorów, oraz Arturowi Kowalskiemu, analizującemu najważniejsze wydarzenia polityczne. Podobnie potraktowano reporterów i operatorów Telewizji Trwam.

- Od dziesięciu lat pracuję w Sejmie, od początku przysługiwała mi stała przepustka. Tak było za rządów AWS, za rządów SLD i później PiS, odebrano mi ją pod rządami PO. Pytałem pana Szczepańskiego o powody, dla których nie otrzymałem nowej przepustki, powiedział mi jedynie, że nie spełniam "kryteriów". Jakoś dziesięć lat je spełniałem, a teraz nie? Na pytanie, o jakie kryteria chodzi, usłyszałem, żebym sobie poczytał w internecie - bulwersuje się Marek Borawski.

poniedziałek, 10 marca 2008

Bombowy Donald

W czasie, gdy rejsowy samolot LOT-u z Donaldem Tuskiem na pokładzie podchodził do lądowania w Chicago, anonimowa osoba poinformowała telefonicznie obsługę lotniska, że w maszynie znajduje.. się ładunek wybuchowy. Jak się okazało alarm bombowy był na szczęście fałszywy.

Niestety, pasażerowie samolotu zamiast udać się do swoich rodzin, przyjaciół czy po prostu w interesach, przez kilka godzin siedzieli w autokarze na płycie lotniska, skąd mogli tylko obserwować, jak amerykańska policja przeszukuje ich bagaże.

Nie wiem, czy Donaldowi Tuskowi odechcę się przez to używania tanich chwytów marketingu politycznego i przesiądzie się do rządowych samolotów, czy też prezes PO będzie dalej narażał przypadkowych ludzi na stratę czasu i niewygodę a niewykluczone, że i na realne niebezpieczeństwo. Tak czy inaczej, ja z Donaldem nie wsiądę na pewno do jednego samolotu.

niedziela, 9 marca 2008

Penis i gęba Palikota

Penis w jednej ręce, pistolet w drugiej, za plecami pornos i to taki hard, bo prezentujący scenę gwałtu. Obok jeszcze błyszczący manekin z zaklajstrowanymi ustami i hasłem na tabliczce, że rozwali nam łeb.. Ale raczej nie ten kawałek plastiku ma rozwalać łby, tylko sam Palikot, bo przecież po próżnicy pistoletu nie trzyma w garści.

Ktoś z otoczenia posła Platformy Obywatelskiej Palikota Janusza powinien przedstawić raport o stanie jego zdrowia. Poseł organizujący tak obsceniczne konferencje prasowe nie sprawia bowiem wrażenie człowieka całkiem zdrowego. A może nadużywa alkoholu, którego jak wiadomo jest producentem? Niczego oczywiście nie sugeruję, ale te kaprawe oczka, zmierzwione włosy czy bardzo niepoprawne artykułowanie głoski "r" mówią same za siebie. A chyba nikt w Polsce nie chce, aby osoba niespełna władz umysłowych lub uzależniona od alkoholu sprawowała mandat posła, wystawiając na pośmiewisko Sejm Rzeczypospolitej.

Janusz Palikot

Poseł rządzącej Platformy Obywatelskiej bardzo lubi pokazywać swoją gębę, co widać na załączonym obrazku. Aktualna funkcja Palikota Janusza to przewodnictwo komisji do spraw walki z bublami prawnymi. Ten obleś wywalający język poniżej "zasłynął" już z ujawnienia takich bubli jak np. to, że kandydat na płetwonurka musiał zdawać egzamin praktyczny przed teoretycznym (autentyk).

Janusz Palikot

To jednak tylko na pozór egzotyczne zainteresowania Palikota Janusza. Poseł PO mógł bowiem sam zdawać ten egzamin, skoro ukrył na Karaibach 80 milionów (o co oskarża go była żona). A przecież każdy, kto choćby oglądał "Piratów z Karaibów" wie, że aby ukryć taaaką kasę, trzeba dać głębokiego nura..

Prześladowania opozycji

To, co dzieje się w sprawie Arkadiusza Mularczyka można nazwać prześladowaniami ze względu na przynależność partyjną. Tym bardziej skandalicznymi, że dotyczą posła opozycji. Uderzają zatem w podstawy demokratycznego państwa prawa. Działania prowadzone wobec Mularczyka przez naczelną i krakowską radę adwokacką wpisują się w to, co robiono z przedstawicielami różnych zawodów za komuny, a szczególnie w stanie wojennym, gdy tylko niektórzy okazywali się za bardzo niezależni. Dyscyplinarka i won na bruk a do tego jeszcze wilczy bilet, który nie pozwalał znaleźć pracy w wyuczonym zawodzie. Do tego samego zmierza postępowanie prowadzone przeciw Mularczykowi. Sprawę szczegółowo zrelacjonowała piątkowa Rzepa, a mną po przeczytaniu aż zatrzęsło..

Rzeczpospolita napisała, że krakowska rada adwokacka chce postawić Arkadiusza Mularczyka przed sądem dyscyplinarnym. Sprawa dotyczy tego, iż w maju ubiegłego roku, przed posiedzeniem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ustawy lustracyjnej, Mularczyk złożył wniosek o wyłączenie z rozprawy dwóch sędziów TK, figurujących w katalogach IPN jako kontakty operacyjne Służby Bezpieczeństwa. Przewodniczący trybunału Jerzy Stępień zarzucił Mularczykowi podanie niepełnych informacji - chodziło o to, że jeden z sędziów odmówił współpracy i został wyrejestrowany, a drugiego zarejestrowano po czerwcu 1989 roku. Sędziów wyłączono ze składu, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej Stanisław Rymar zażądał jednak od rzecznika dyscyplinarnego okręgowej rady w Krakowie zbadania tego przypadku.

Zgodnie z prawem naruszenie dyscypliny można badać w terminie trzech miesięcy, w szczególnie uzasadnionych przypadkach zaś termin ten można wydłużyć o kolejne trzy miesiące. Termin ten minął dwa miesiące temu. Dodatkowo dwóch ekspertów, konstytucjonalista prof. Piotr Winczorek oraz pracownik Biura Analiz Sejmowych, orzekło, że Mularczyka przed sądem dyscyplinarnym nie można postawić, gdyż przed trybunałem nie występował jako adwokat, lecz jako poseł. W tym zaś przypadku Mularczyka chroni immunitet. Mimo to Mularczyk na najbliższy wtorek dostał wezwanie do rzecznika dyscyplinarnego, który chce go przesłuchać. W tym samym dniu zaplanowano posiedzenie sejmowej komisji śledczej ds. nacisków. – Obawiam się, że będzie to wykorzystane przeciw mnie, by podważyć moją wiarygodność w komisji – uważa poseł PiS.

Miałem już o tym nie napisać, bo wydawało mi się, że sprawa Mularczyka, choć skandaliczna, to jest jednostkowa. Ale anonimowy komentarz pod moją poprzednią notką (HMMM,mnie już zaczęli prześladować,ale ponoć będą czekać do lata..zastanawiam się dlaczego nie tak z marszu.Mniemam,iż musi władza się umocnić...śmiać się,a może bać?) wskazuje, że podobnych spraw może być dużo więcej..

środa, 5 marca 2008

Dożynanie watah

Dożynanie watah odbywa się w najlepsze. O poprzednim rządzie można już powiedzieć wszystko. Na przykład to, że był to rząd o zapędach autorytarnych czy wręcz totalitarnych, premier Kaczyński był prawie Putinem lub Gomułką, a wydając zgodę na zagłuszanie telefonów pielęgniarek okupujących gmach swojej kancelarii był gorszy od Jaruzelskiego.. Bo przecież generał do czegoś takiego się nie posunął. Historyczne odniesienia już się chyba przejadły, albo nie przynoszą spodziewanych efektów. No bo co młodzi wyborcy mogą wiedzieć o PRL, do którego odwołują się np. żywcem z niego wyciągnięci Stefan "plujka" Niesiołowski czy Władysław "straszny dziadunio" Bartoszewski. Trzeba spróbować czegoś nowego.

Podczas, gdy z więzień i aresztów wypuszcza się prawdziwych przestępców, radny koalicyjnego PSL Leszek Piotrowski mówi o poprzednim rządzie jako o "zorganizowanej grupie przestępczej". Do spółki z GieWu, która opublikowała z nim wywiad, podkręca atmosferę faktem zagrożonego karą więzienia ujawnienia zeznań premiera Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry przed prokuratorem badającym okoliczności samobójstwa Barbary Blidy. Czyli mecenas wraz z gazetą "ujawniają" pozostającą rzekomo w gestii prokuratury "tajemnicę" mówiącą o tym, że poprzedni rząd to była mafia. Prawda, że piękne.

To już nie są Himalaje cynizmu, jak w przypadku "odpolityczniania" mediów publicznych poprzez ich kompletne zawłaszczenie przez PO. Dla mnie to są już działania przestępcze, bo karalne jest zawiadamianie o przestępstwie, które nie miało miejsca. Jeśli ktoś publicznie pomawia grupę osób o to, że to zorganizowana grupa przestępcza powinien przedstawić choćby cień dowodów. Tymczasem z ujawnionych przez Piotrowskiego zeznań wynika tylko, że premier interesował się niektórymi śledztwami i "grzechem" jego było to, że dyscyplinował ministrów, prosząc aby dowody w niektórych sprawach były więcej niż 100-procentowe. Właśnie po to, aby nie padł cień podejrzeń, że to sprawy polityczne.

Co na to politycy PiS? Łykają haczyk, grając w wymierzonej przeciw sobie prowokacji tak, jak prowokatorzy sobie obmyślili. Zamiast sprawę wyśmiać, że ktoś ma nierówno pod sufitem, albo wytoczyć z miejsca proces o zniesławienie, wzywają Ćwiąkalskiego do niezwłocznego zajęcia się.. złamaniem tajemnicy śledztwa przez Piotrowskiego. Ech..

wtorek, 4 marca 2008

Dziennikarstwo i dziennikurestwo

W najbliższej "Gazecie Polskiej" ukaże się interesujący wywiad Piotra Lisiewicza z Anitą Gargas, którego tematem przewodnim jest kondycja dziennikarstwa (głównie śledczego) w Polsce. Wywiad wyraźnie ukazuje to, o czym od dawna wiedzą ci interesujący się polityką - silny podział na dziennikarzy działających niezależnie, na ogół w niszowych tytułach, oraz tych salonowych, którym wolno dosłownie wszystko - śledzić swoich kolegów z konkurencyjnych tytułów, aby prewencyjnie roztoczyć parasol ochronny nad obiektami ich działań, a nawet szczuć przeciw nim opinię publiczną. Uprawiany przez tych ostatnich zawód określany jest na forach dyskusyjnych jako.. "dziennikurestwo".

Dobrą ilustracją tego podziału oraz tego, jak dokonywany jest lincz na dziennikarzach spoza głównego nurtu jest z pozoru niewinne pytanie Agnieszki Kublik z „Gazety Wyborczej”, zadane Tomaszowi Lisowi: „Jak pan może pracować w tej samej firmie co Gargas i Kotecka?”. Pokazuje to, jak przyprawianie gęby przez salon, może piórem umiejętnego manipulatora stawać się niemal oczywistym fragmentem (medialnej) rzeczywistości. Nikt na przykład nie pyta Kublikowej, jak może pracować w tej samej gazecie, co Lesław Maleszka, czy której naczelny broni komunistycznego generała jak niepodległości, ministra spraw wewnętrznych totalitarnego państwa uznając za człowieka honoru, a z ministrem propagandy PRL regularnie urządzającym biesiady.


Stosowanie dwóch standardów dziennikarstwa ukazuje przypomniany przez Anitę Gargas nieznany szerzej przykład pożyczenia przez Kamila Durczoka dużej sumy pieniędzy od firmy, o której pojawiały się przychylne materiały w telewizji, w której pracował. W wywiadzie mamy też wyjaśnionych kilka innych salonowych "wrzutek", jak jak np. rzekome zaangażowanie "Misji Specjalnej" w przygotowanie klimatu do zatrzymania Barbary Blidy. Warto przeczytać. Najciekawsze fragmenty poniżej, więcej w jutrzejszej "GP".


Piotr Lisiewicz: Czuje się pani słupem lub tubą?

Anita Gargas: Chyba wiem, do czego pan zmierza.

Słupem ogłoszeniowym nazwał pani program Tomasz Wołek, a tubą propagandową Agnieszka Kublik. Oboje w „Gazecie Wyborczej”.

Z inwektywami się nie dyskutuje.

Może być pani jeszcze satyrykiem, bo Luiza Zalewska napisała w „Dzienniku”, że „Misja specjalna” ociera się o pastisz. Albo malarką, bo Teresa Bogucka wspomniała w „GW” o impresjach pani programu.

Bohaterką publikacji „GW” stałam się po wydaniu „Misji specjalnej”, w którym opisałam, dlaczego w Polsce nie doszło do lustracji zaraz po transformacji, czyli w najbardziej stosownym momencie historycznym. Przypomniałam sprawę tzw. komisji Michnika, pokazałam, jaki układ zależności istniał wtedy w naszym państwie. Układ, który tworzony był przez środowisko popierane przez „GW”. Na echa tej publikacji nie musieliśmy długo czekać. Wyraźnie do dziś pobrzmiewają w atakach na „Misję specjalną”.

Przypomnijmy, że niedawno Kublik z Wojciechem Czuchnowskim postanowili śledzić… śledztwo dziennikarza „Misji”. Ustalili, że bada on związki między politykiem a biznesmenem. „Dopuścił się” zadawania pytań firmom Ryszarda Krauzego i rzecznikowi marszałka Komorowskiego.

To skrajne kuriozum. Dziennikarze tropią niewygodnego dziennikarza, jak największą zbrodnię zarzucają mu, że sprawdzał informacje u źródła, choć starał się jedynie, zgodnie z zasadami rzetelności, o wypowiedzi wszystkich stron, a na koniec recenzują materiał, który jest w początkowej fazie realizacji. Rafał Ziemkiewicz w „Rzeczpospolitej” trafnie nazwał ten styl działania „dziennikarstwem prewencyjnym”, którego celem jest rozłożenie parasola ochronnego nad osobami ze swojego grona towarzyskiego. Wyobraźmy sobie sytuację odwrotną – „Misja specjalna” zajmuje się niepublikowanym artykułem „GW”. Nastąpiłoby wielkie oburzenie, medialny lincz, zarzut złamania zasad etyki dziennikarskiej. Ale „Gazecie Wyborczej” wolno. I nie oburza to strażników wolności słowa.

Czy „GW” odzywa się zawsze, gdy wspominacie coś o Krauzem? Ja odnotowałem trzy takie przypadki.

Reakcje są niemal po każdym poruszonym przez nas temacie, który wcześniej, przez wiele lat, był konsekwentnie zamiatany pod dywan. Jako przykład mogę wymienić lustrację dziennikarzy czy afery, w których negatywnymi bohaterami są ludzie z tzw. salonu, także biznesmeni. Bo afery – zgodnie z niepisaną zasadą tego środowiska – mogą być jedynie w szeregach prawicy. Tam panuje prosty podział: opisywanie afer w PiS to dziennikarstwo śledcze, śledzenie afer poza PiS – to szukanie haków na wrogów politycznych.

Za najbardziej podejrzany uznano materiał na temat mafii węglowej, tuż przed planowanym zatrzymaniem Barbary Blidy.

Sprawą mafii węglowej zajęliśmy się zaraz po tragedii w kopalni „Halemba”. O różnych wątkach afery węglowej mówiliśmy łącznie trzy razy. Program emitowany w przeddzień samobójczej śmierci Barbary Blidy był kontynuacją innego, nadanego trzy tygodnie wcześniej. W żadnym z nich nie wymieniliśmy nawet nazwiska Blidy. Wymieniliśmy je jedyny raz w maju 2005 r. Opisaliśmy wówczas niezdrowe relacje łączące Blidę ze „śląską Alexis”, czyli Barbarą K. Podaliśmy m.in. informacje o korupcjogennej umowie, na mocy której K. zbudowała byłej pani minister basen; Blida nie odprowadziła od tej umowy podatku. Ale wtedy nie było chętnych, którzy w ślad za nami zajęliby się tym tematem.

Nawiasem mówiąc, większość dziennikarzy i polityków oceniających reportaż wyemitowany dzień przed akcją ABW nie zadało sobie trudu, by go obejrzeć. Ilu z nich chętnie miota oskarżenia wobec innych o nierzetelność? Programu nie obejrzał nawet prokurator przesłuchujący mnie w sprawie okoliczności śmierci byłej posłanki.

„Misja specjalna” oskarżana jest nie tylko o polityczną stronniczość. Minister skarbu Aleksander Grad postanowił zapytać prezesa TVP, ile kosztuje ten program. Podobno nadmiernie obciążacie budżet TVP.

Jest to kolejna forma zastraszania zespołu. Nie chcę łamać tajemnicy służbowej, ale jedno mogę powiedzieć – obecnie koszty programów publicystycznych nie są tak wysokie jak kilka lat temu. Mam nadzieję, że tamte wydatki pan minister Grad także zechce prześwietlić

Lobbysta Marek Dochnal zaatakował w TVN dziennikarzy Witolda Gadowskiego i Dorotę Kanię, która współpracuje także z „Misją specjalną”. Dochnal powiedział, że wzięła pożyczkę od jego teściowej, obiecując pomoc w zorganizowaniu spotkań z politykami PiS. Czy podjęła pani w tej sprawie jakieś działania?

Nie musiałam, bo Dorota Kania do czasu wyjaśnienia sprawy sama odsunęła się od pracy dziennikarskiej w „Misji specjalnej”. Uważam, że popełniła błąd i teraz za niego płaci. Ale trzeba zauważyć, że dąży do wyjaśnienia wszelkich wątpliwości, co bezspornie jest postawą rzadko spotykaną. Takiej potrzeby nie miał np. Kamil Durczok, gwiazda TVN. W 2002 r. pożyczył ćwierć miliona złotych od śląskiej firmy Gemi, która na kontrowersyjnych zasadach przejęła akcje w Hucie Łaziska. Jednocześnie w telewizji, w której pracował, pojawiały się materiały korzystne dla tej firmy. Pożyczkę wziął od Gemi także ówczesny szef OTV Katowice. Sprawę opisała szeroko „Rzeczpospolita” w 2006 r. Pan Durczok nie wytłumaczył okoliczności zaciągnięcia tej pożyczki, nie wyjaśnił też, czy pieniądze oddał. Kiedy sprawa wyszła na jaw, TVN nie reagowała. Wobec jednych stosuje się zasadę domniemania niewinności, wobec innych (np. Doroty Kani) – zasadę domniemania winy.

Czy atak na Kanię i Gadowskiego to czasem nie początek uderzenia w dziennikarzy, którzy odważyli się ujawniać afery postkomunistycznego establishmentu?

Przecież te ataki trwają od kilkunastu lat! Wcześniej może były mniej intensywne, bo wielu bezkompromisowych dziennikarzy pisywało do gazet niszowych, przez co wydawali się mniej groźni. Przypomnę, że „Gazetę Polską” zwalczano od pierwszych tygodni jej istnienia. „Gazeta Wyborcza” zadawała na swoich łamach pytanie, kto daje reklamy „GP”, nawoływała: „znajdźmy tych reklamodawców”. Ataki nie omijały też dziennikarzy indywidualnie. Przechodzono nad nimi do porządku dziennego.