niedziela, 27 grudnia 2009

Mój skarb

Myślałem, że takie przypadki zdarzają się tylko w filmach czy w opowiadaniach dla dzieci ;). A jednak przydarzyło się to mi, staremu koniowi, niespecjalnie nawet z braku czasu mogącemu sobie pozwolić na lekturę książek. To nic wielkiego, ale pamiętać o tym będę do końca życia. Być może "do końca życia" zabrzmiało groźnie, więc chciałbym uspokoić, że zdarzenie jest z gatunku zaskakujących, ale przyjemnych.

Kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia postanowiłem sobie zrobić mały prezent na urodziny. Przechodząc w drodze z pracy obok antykwariatu na Powiślu wypatrzyłem w jego witrynie "Pisma Zbiorowe" Józefa Piłsudskiego. Po dłuższej chwili przyglądania się przez szybę nie miałem wątpliwości, że to wydanie przedwojenne, a nie jakiś reprint. Na wystawie był tom X, co sugerowało, że tomów jest co najmniej dziesięć. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że fajnie by było mieć te pisma na półce, jednakowoż kosztują pewnie nie mało. Choć wyraźnie podniszczone, ale ponieważ tomów jest aż tyle, to nawet gdy jeden nie kosztuje wiele, trzeba to pomnożyć przez dziesięć. Oględziny wewnątrz antykwariatu wykazały spore ślady czasu - utlenienia i zżółknięcie papieru, sfatygowane okładki, niestety miękkie. Cena była jednak zachęcająca. A co ciekawe, po sprawdzenia na Allegro - przeszło połowę niższa od wirtualnych aukcji tej pozycji.

Zastanawiając się około tygodnia - brać czy nie brać - poszedłem w końcu prawie zdecydowany żeby "Pisma" zakupić. Nie zdążyłem jednak zgromadzić wymaganej sumy. Ponieważ pora była późna, a bankomatu w pobliżu nie było, nie pozostawało nic innego jak się potargować. Krakowskim targiem udało mi się zbić cenę o ok. 30 procent, więc zadowolenie z zakupu było podwójne. Wysupłałem dosłownie ostatnie pieniądze z różnych zakamarków plecaka, ale były to naprawdę drobne.



Już w domu zacząłem dokładnie przeglądać mój nowy nabytek. Dziesięć tomów "Pism", które trzymałem właśnie w rękach, zostały wydane w 1937 roku przez Instytut Józefa Piłsudskiego. Zawierają wszystkie opublikowane do tego czasu dokumenty Marszałka. Są też zdjęcia, faksymilie listów i mapy.





Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy w jednym z tomów natknąłem się na oryginalną ulotkę reklamową wydawcy, zachęcającą do zakupu innych pozycji z 50-procentową obniżką dla prenumeratorów "Pism". Dowiedziałem się tym samym, ze "Pisma" były dystrybuowane na zasadach subskrypcji.





Po znalezieniu złożonej ulotki zacząłem uważniej przewracać strony. Niektóre nie są jeszcze nawet rozcięte. Jak się zaraz okazało, stanowiło to doskonałą "skrytkę" dla.. pocztówki, którą znalazłem w tomie VII. Kiedy ją zobaczyłem, serce oczywiście mi mocniej zabiło. Chwila zastanowienia, czy to może być pocztówka przedwojenna, bo widoczek nie dawał ku temu jednoznacznej wskazówki..



Odwracam pocztówkę i widzę stempel pochodzący z Druskiennik a to przecież Kresy! Resztkę wątpliwości pozbawił mnie znaczek, na którym widnieją napisy Poczta Polska i "Lwów - Uniwersytet." To był jeden z tych niewielu momentów w moim życiu, kiedy przeżywałem wielkie, pozytywne zaskoczenie. Bo to przecież jakbym znalazł skarb.



Dzięki tej pocztówce dowiedziałem się, kto był w II RP pierwszym właścicielem "Pism", które teraz kupiłem. Bo pocztówka najprawdopodobniej była do niego adresowana. Jeśli tak, to prenumeratorem "Pism" był pułkownik K. Sołtan. Mieszkał w Skarżysku Kamiennej, a pocztówka była adresowana do jego miejsca pracy: Wytwórni Węgla Aktywnego. Kto słał pozdrowienia z Druskiennik niestety nie wiem, bo podpis jest nieczytelny. Wiem tylko, że napisał je 4 października 1937 roku.

Pocztówka z Druskiennik do pułkownika Sołtana była najpewniej przez 72 lata przez nikogo nie ruszana, dobrze schowana między stronicami "Pism Zbiorowych" Marszałka Piłsudskiego. Aż wziąłem ją do ręki ja. Fajne to uczucie..

niedziela, 6 grudnia 2009

Mój pierwszy Nordic-Walk

Od kilku lat myślałem o kupnie nart biegowych. Powstrzymywał mnie brak śniegu i nadmiaru funduszy. Wydanie prawie tysiąca złotych po to, aby użyć sprzętu przez miesiąc, w porywach dwa w roku nie wchodziło w rachubę. No więc, skoro nie mogą być narty, to może same kijki? Chodzi oczywiście o kijki do uprawiania tzw. Nordic-Walkingu, którą to formę rekreacji uprawia w Skandynawii bardzo wiele osób. Co jest zresztą zrozumiałe, bo jeżdżą tam dużo na nartach.

W Polsce o Nordic-Walkingu dopiero zaczyna być słychać. Ktoś, kto mieszka nieopodal lasu jak ja nie mógł nie zauważyć zwiększającej się z miesiąca na miesiąc liczby osób chodzących z kijami. Nie ukrywam, że kiedy je pierwszy raz zobaczyłem jakieś dwa lata temu, to myślałem, że to jakaś forma lasek dla osób z problemami z kręgosłupem. Jednak osób takich spotykałem coraz więcej, i choć nie byli to ludzie młodzi, to zaczęło mi to już wyglądać niemal wyczynowo. Wszyscy zasuwali bowiem z tymi kijkami jak małe samochodziki.

Zerknąłem więc z miesiąc temu do Internetu, gdzie o Nordic-Walkingu aż huczy. W końcu to niezły biznes, bo kijki można sprzedać przecież niemal każdemu i to w każdym wieku. Wydatek jednak niewielki, więc postanowiłem, że spróbuję i ja. Nastawiony byłem sceptycznie, bo w końcu mam za sobą parę lat chodzenia na siłownię, kung-fu i tym podobnych rzeczy ;), a tu nagle miałbym wziąć do rąk dwa niepozorne, leciutkie kijki. Co gorsza, niektórzy mówili, że to.. "kijki dla seniorów". Za seniora się jeszcze co prawda nie uważam, ale na siłownię to już mi się chodzić za bardzo nie chce, i a kasy by mi było szkoda. A ponieważ znam ścieżki, gdzie żaden z wyczynowców mnie nie zobaczy, więc postanowiłem zakupić to jedyne niezbędne do uprawiania tego sportu akcesorium. Kupiłem nawet takie lepsze kijki z włókna węglowego, teleskopowe (o regulowanej płynnie długości), z dodatkowymi końcówkami (kopytkami jak to się tutaj nazywa) na utwardzone nawierzchnie oraz na kołnierzykami na śnieg. Ale nawet taki full wypas kosztował mnie w sumie raptem.. 160 zł.

Mam już za sobą dwa kilkukilometrowe spacery i jestem pod wrażeniem. Ponieważ na dłuższe spacery z psem chodzę mniej więcej tą samą trasą (na około Gudzowatego i jednostki wojskowej w Mariewie - ok. 10 km) , to miałem idealne porównanie, jak wygląda spacer bez i z kijkami. O ile bez kijków można się zasapać i dobrze jest zrobić jeden postój, to z kijkami nie. O ile bez kijków czuć po całym spacerze nogi i kręgosłup, to z kijkami nie. Jedyne co czułem po Nordic-Walkingu, to były.. ręce (szczególnie pracują tricepsy). Jednym słowem to był też spacer dla rąk. Ale nie tylko, bo już po drugim spacerze, czułem też, jak pracują inne mięśnie górnej partii ciała. O zaletach Nordic-Walkingu można poczytać w wielu miejscach. Polecam go wszystkim i udaję się na mój trzeci Nordic-Walk.

środa, 2 grudnia 2009

Jeszcze o Bernardzie i Daukszewiczu

Tym razem w dzisiejszej Rzepie:

"Konsternację czytelników internetowych portali plotkarskich wzbudziły też niedawne przeprosiny, jakie znany satyryk Krzysztof Daukszewicz wystosował pod adresem jednego z blogerów.

Daukszewicz na antenie TVN 24 przeczytał jego satyryczny tekst, utrzymując, że napisał go sam. Gdy sprawa wyszła na jaw, oświadczył, że wydawało mu się, iż to jego własny utwór, bo „zgrabnie, porządnie napisany", a jeśli przeprosiny nie wystarczą, „stawia dobrą flaszkę na zgodę"."

Pominę stwierdzenie o "konsternacji czytelników portali plotkarskich" - czym jest portal typu Salon24, niech wytłumaczy swojemu redakcyjnemu koledze Igor Janke ;). Natomiast szkoda, że autor zamiast pisać "jeden z blogerów" nie użył nicka Bernarda. Równie dobrze mógł napisać "jeden z obywateli". Choć bloger lepszy od nadużywanego powszechnie przez dziennikarzy "internauty". Bo internauta to taki wirtualny obywatel - nie dość, że anonimowy to jeszcze nie wiadomo czy tak naprawdę istnieje. W przypadku blogerów, którzy często latami pracują na rozpoznawalność swojego nazwiska lub pseudonimu w necie, wypada ten pseudonim podawać. Szczególnie, gdy bloger staje się ofiarą czyjegoś bezprawnego działania, nie można dodatkowo anonimizować ofiary.

niedziela, 29 listopada 2009

Treść i relacje

W Internecie najważniejsza jest społeczność. W Polsce tego jeszcze nie widać, ale na Zachodzie od dawna tak, gdzie najróżniejszych portali społecznościowych jest całe mnóstwo. Jesteśmy trochę zapóźnieni technologicznie, a w szczególności jako blogosfera polityczna - mocno nakręceni emocjonalnie (od czego wolne są inne blogowe "branże"). Prawicowym blogerom wydaje się, że mają jakąś misję do spełnienia, że to co piszą, to nie jest li tylko dyskusja ze znajomymi czy przypadkowymi czytelnikami, tylko niewiadomoco wielkiego. Trzeba to archiwizować, zagregować przynajmniej na kilku portalach i jak największej liczbie agregatów, zajawiać na Twitterze, Facebooku i Bóg wie, gdzie jeszcze.

Otóż, o ile tak było lat temu jeszcze może dwa czy trzy, gdy blogi raczkowały, a na rynku nie było praktycznie żadnego prawicowego medium oprócz "GP", mogło tak być. Czyli treść i misja były bardzo ważne. Teraz treści prawicowych jest w bród, aż za dużo. Są nawet w mainstreamie - np. "Rzeczpospolita", czasem w TVP. Blogów na samym Salonie jest kilkaset. Czy ktoś jest w stanie przeczytać nawet te najlepsze? Czy normalny, pracujący człowiek jest w stanie przeczytać więcej niż kilka niezbyt długich notek w ciągu dnia? Oczywiście, że nie.

Czyżby więc na blogach gromadzili się sami bezrobotni, renciści i emerycie? Z doświadczenia wiem, że głównie tak :) Bo przecież nie ma sensu, a na ogół czasu żeby to wszystko czytać. A czy na dodatek blogi są wartościowsze od np. artykułu Ziemkiewicza, Mazurka, Semki czy Lichockiej? Oczywiście, że na ogół nie. Blogi siłą rzeczy to amatorskie produkcje, które z profesjonalnymi nie mogą się równać. Dlaczego więc sami prowadzimy blogi i odwiedzamy inne? Czy tylko po to, aby przekazać treść, którą w lepszym wykonaniu przekażą dziennikarze? Blogi wygrywają z prasą nie treścią (co zdarza się niezwykle rzadko), a głównie tym, że ich autor potrafi utrzymać relacje z innymi. W prasie nie ma czasu na relacje z czytelnikami. Od dawna odwiedzało się głównie tych blogerów, którzy nie tylko dobrze pisali, ale też i komentowali (często było to równoznaczne z komplementowaniem :) komentujących. W czasach nadmiaru treści jest to tym bardziej istotne. A zatem: zamiast "copy-paste" (czy RSS) na inne portale, wybrać jeden i osobiste relacje..

sobota, 21 listopada 2009

Ścigani za krytykę polityka PO

No to mamy już par excelence państwo policyjne. Uczestnicy jednego z forów internetowych ścigani są przez prokuraturę i policję za krytykę polityka rządzącej Platformy Obywatelskiej.. Śledczy przekażą politykowi dane uczestników jednego z forów dyskusyjnych, co umożliwi mu złożenie przeciw krytykom prywatnych aktów oskarżenia. Organy ścigania są już zatem oficjalnie na usługach polityków, łaknących zemsty na krytykach ich postępowania. Zresztą, skoro w prywatnym procesie może wykorzystywać podsłuchy wiceszef ABW, to dlaczego prezydent Szczecina miałby nie wykorzystywać w prywatnej zemście prokuratury i policji? A bo to on gorszy od polityków rządzącej partii ze stolicy..

niedziela, 8 listopada 2009

Pisowska prowokacja w Hollywood

Zauroczyła mnie "Infiltracja". Jak w lustrze można zobaczyć w tym filmie nasz polityczno-biznesowo-dziennikarski światek, któremu jakże blisko do półświatka przedstawionego w dziele Martina Scorsese. "The Departed" to kino w najlepszym wydaniu - doskonała, nieprzewidywalna fabuła i świetna gra aktorów. Jak wyglądałaby "Infiltracja", gdyby nakręcono ją w tym roku w Polsce? Można tylko spekulować. Wybrałem główne postaci i kilka scen, które w naszej rzeczywistości wyglądałyby zapewne inaczej niż w oryginale..



To zapewne wymarzony przez polityków Platformy Obywatelskiej, biznesmenów m.in. z branży hazardowej i usłużnych im dziennikarzy finał. Zamiast Billy'ego Costigana (filmowa tożsamość Leonardo DiCaprio), za kratami widzą rzecz jasna Tomasza Małeckiego (fikcyjna tożsamość agenta CBA rozpracowującego skorumpowanych urzędników i polityków), Mariusza Kamińskiego lub Zbigniewa Ziobrę. A najlepiej wszystkich trzech razem. W filmie Martina Scorsese to jednak nie finał, a początek. A grany przez DiCaprio Billy Costigan znajduje się w więzieniu w wyniku prowokacji. Przechodząc na nasze podwórko, należałoby dodać, że pisowskiej prowokacji.


Najwierniejszemu "żołnierzowi" herszta mafii Franka Cotello (Jack Nicholson) nie udaje się spowodować, żeby Billy Costigan ujawnił swoje prawdziwe oblicze tajnego agenta. Cóż, za słabo się widać starał. Powinien wziąć lekcje u Sekielskiego i Morozowskiego, dzięki którym zdjęcia i filmy z działań operacyjnych agenta CBA Tomasza Małeckiego mogli zobaczyć wszyscy przestępcy w Polsce, których agent przez lata swej służby rozpracowywał. Nic straconego - może prowadzący "Teraz My" wystąpią w następnym filmie gangsterskim Martina Scorsese tudzież innego reżysera. Serdecznie im tego życzę.


W filmie najwięcej jest - jak to w życiu - postaci niezorientowanych, o co tak naprawdę toczy się gra i kto jest rozgrywającym. Można ich nazwać lemingami, czy po prostu pożytecznymi idiotami. Nie mówię, że wszyscy mieli złe intencje, choć jak się później okazało mafia miała wśród nich nie tylko jednego kreta. Chcieli nawet łapać przestępców. Tyle tylko, że będąc marionetkami w rękach mafijnego bossa, walczyli nie z nim, lecz głównie z tymi, którzy chcieli go przyskrzynić.


Jednym z dwu głównych bohaterów filmu jest Collin Sullivan, grany przez Matta Damona. Niemal tak przystojny jak, nie przymierzając, Sebastian Karpiniuk. To on jest źródłem przecieków o akcjach prowadzonych przeciwko mafii. Dzięki temu, że do ojca chrzestnego mafii zwraca się "tato", mógł kontaktować się z nim nawet wtedy, gdy obok stali inni policjanci. Trzeba przyznać, że wypowiadane przez Zbigniewa Chlebowskiego i jego rozmówców z branży hazardowej ksywki "Miro", "Rychu", "Grzechu" brzmią na tym tle co najmniej dwuznacznie, więc nie dziwi, że w tym przypadku kontakty były bardziej zakamuflowane. Gdyby politycy PO i biznesmeni z branży hazardowej mówili do siebie "bracie", "synu", "ojcze" może nie musieliby się nawet spotykać na cmentarzu.


A zamiast stenogramów z podsłuchów wystarczyłyby sejmowe stenogramy.


Ale zaraz, zaraz, prokuratura przecie orzekła, że przecieku w jednej aferze nie było. W innej z kolei sejmowa komisja śledcza przeciekiem miała się w ogóle nie zajmować. O rety! A gdyby tak i w "Infiltracji" kreta nie było.. to byłyby flaki z olejem, a nie trzymający w napięciu gangsterski film, w którym zwroty akcji zaskakują nawet starych wyjadaczy prażonej kukurydzy. Chwała Martinowi Scorsese, że nie brał przykładu z polskich śledczych!


W filmie było jeszcze dwóch - powiem to wprost - prawych i sprawiedliwych. Jeden prowadził agenta Costigana, infiltrującego mafię. Drugi miał po prostu jaja i łeb na karku. Obaj zapłacili jednak za bezpardonową walkę z przestępcami wysoką cenę. Żeby nie zdradzać za wiele tym, którzy filmu nie widzieli, powiem tylko, że jeden z nich w wyniku działań lobby narkotykowo-hazardowego został wyrzucony z roboty. Trzeba zauważyć, że akurat tutaj Scorsese nie był specjalnie oryginalny. Przecież każde dziecko w Polsce wie, co spotkało szefa CBA, gdy za bardzo zalazł za skórę rządzącej partii.


W trakcie działań operacyjnych pito rzecz jasna w dużych ilościach alkohol. W polskim matriksie polityczno-medialnym jest to jednak nie do pomyślenia. Zgodnie z prasowymi doniesieniami, Tomasz Małecki powinien grzecznie odmówić picia wyskokowych trunków, mówiąc że.. jest na służbie. Martin Scorsese miał widać inne zdanie, bo barek w knajpie, będącej punktem zbornym mafiosów, został jak widać dobrze zaopatrzony.


Reżyser nie kazał też na szczęście tajnemu agentowi infiltrującemu mafię kłaść się o 22 samotnie do łóżka żeby przypadkiem nie spotkał żadnej kobiety. W sumie szkoda, że tylko w filmach kobiety mają par excellence coś wspólnego z mafią. O ileż taka postać jest barwniejsza. A w naszej polskiej, szarej rzeczywistości, gdzie jeśli już któraś posłanka czy inna celebrytka wpadnie w sidła organów ścigania, to zaraz płacze, że została uwiedziona, albo że wcale nie wzięła łapówki, tylko zaliczkę za pracę jej kancelarii.


Można by iść dalej tym tropem, ale nie warto zdradzać wszystkiego, bo film straci wtedy wiele uroku dla tych, co go nie widzieli. Na koniec powiem jeszcze, że film nie kończy się happy-endem. Tak jak i pewnie nie skończy się dobrze gangsterski spektakl, który fundują nam politycy będący aktualnie u władzy i wysługujący się im dziennikarze i właściciele mediów. "Infiltracja" pokazuje wyraźnie, kto czerpie profity za wysługiwanie się złu, a kto narażając własne życie działa w dobrej sprawie. Wydaje mi się, że pozwala przywrócić wewnętrzną równowagę tym, którzy wiedzą jak sprawy mają się naprawdę. Gdy codziennie widzę, jak świat cynicznie stawiany jest przez polityków i dziennikarzy na głowie, film Martina Scorsese, choć niezwykle brutalny, wręcz okrutny, był dla mnie wytchnieniem i uspokojeniem.

sobota, 7 listopada 2009

Najmniejsze wacki w mieście

Wreszcie ktoś przekłuł te dwa sparciałe baloniki pt. Kuba Wojewódzki i Michał Figurski. Dwóch najobrzydliwszych chyba celebrytów, najbardziej zaangażowanych w jawną i ukrytą kampanię na rzecz Platformy Obywatelskiej. Dostali bronią, jakiej sami używają, więc styl Grupy Operacyjnej jest w ich przypadku jak najbardziej na miejscu.

środa, 4 listopada 2009

Marks, Engels, Rostowski

"Liberalny" rząd Donalda Tuska renacjonalizuje emerytury. Środki zarządzane od czasu reformy Buzka przez prywatne instytucje finansowe trafią z powrotem do państwowego ZUS. Minister finansów tłumaczy, że ZUS zrobi to taniej niż OFE. No to może przy okazji zrenacjonalizować inne instytucje sektora finansowego, które tak jak OFE inwestują nasze oszczędności w obligacje skarbowe. Skoro ZUS ma być w tej materii bardziej rentowny od OFE, to dlaczego również nie od komercyjnych banków i ubezpieczycieli? Ale to już przecież przez pół wieku ćwiczyliśmy..

czwartek, 22 października 2009

Teresa, Trawa, Robot

"Teresa, Trawa, Robot. Największa operacja komunistycznych służb specjalnych." to nowa książka Wojciecha Sumlińskiego o kulisach zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki przez esbecję. Autor ukazuje w niej m.in. nieznane do tej pory fakty z inwigilacji przez SB bezpośrednich sprawców zbrodni, ich rodzin i znajomych.

Dzisiaj byliśmy z Bernardem na spotkaniu z Wojciechem Sumlińskim w warszawskim SWS. Miałem okazję zadać autorowi kilka pytań. Wojciech Sumliński potwierdził, że nie oddano mu jeszcze dokumentów dotyczących jego dziennikarskiego śledztwa w sprawie zbrodni na ks. Jerzym, zabranych podczas zatrzymania kilka miesięcy temu. Na moje pytanie, czy podejmie w tej sprawie jakieś kroki prawne, odpowiedział, że raczej nie w obecnej rzeczywistości politycznej.

Na koniec spotkania autor podpisywał książki..


niedziela, 18 października 2009

Chlebowski podejrzany!

Były szef klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej dałby zapewne wiele, aby to nagranie zniknęło z telewizyjnych archiwów, albo przynajmniej z YouTube'a. Widać i słychać bowiem na nim wyraźnie, że polityk PO obsługiwał biznes hazardowy już od 2003 roku. I to w jakże cyniczny, charakterystyczny zresztą dla tego polityka, sposób..



Czarne prognozy Zbigniewa Chlebowskiego się nie spełniły - Polska nie stała się krajem, w którym biznes hazardowy bankrutuje. Wręcz przeciwnie - ma się doskonale, o czym można się przekonać wychodząc na miasto.. trudno znaleźć dłuższy niż kilkaset metrów kawałek ulicy wolnej od tego typu działalności.

Blogerzy i politycy na Rozdrożu

Wczoraj w kawiarni Na Rozdrożu Salon24 obchodził swoje trzecie urodziny. Nie wszyscy pewnie pamiętają, a może nawet nie wiedzą, że blogosfera polityczna istniała na długo przed Salonem24. Faktem jest jednak to, że to głównie za sprawą Salonu24 blogerzy weszli nomen omen na salony - w świat mediów oraz w bliską styczność z politykami.

Tak też było i wczoraj - dziennikarzy mainstreamu i polityków było sporo. Wśród tych ostatnich PiS stanowił zdecydowaną większość - byli m.in. Migalski i Czarnecki. Ale tylko Jarosław Kaczyński potrafił przyciągnąć do siebie tłum blogerów. Pozostali politycy rozmawiali głównie ze sobą lub z dziennikarzami. Po oficjalnym wystąpieniu Kaczyński stał jeszcze dobrą godzinę w korytarzu i z nami dyskutował. Zadanie premierowi kilku pytań, uściśnięcie dłoni i życzenie powodzenia w zdobyciu władzy na dwie kadencje (mówił nam, że tyle mu potrzeba, żeby dźwignąć Polskę) było dla mnie hitem tego wieczoru. Były premier jakże inny, niż postać, jaką starają się wykreować nieprzychylne mu media. Choć dyskutowali z nim nie tylko jego sympatycy, był swobodny, odpowiadał rzeczowo i chyba nikt nie miał wrażenia, że zbywa pytających okrągłymi wypowiedziami, jak robił to już na okrągło Jarosław Gowin.

Cieszę się też, że poznałem i/lub przy piwie pogadałem z Koteuszem (chodzącą definicją duszy człowieka! ;), gw1990, Freemanem i MarkiemD oraz kobietą Marka (zaimponowało mi, że poznałaś się na prawdziwej naturze pana, którego boję się tutaj wymienić nawet inicjałów ;), eFlashem (przepraszam, że miałem już mocno w czubie i nie sprawdziłem się jako synkretyczny dyskutant ;), toyahem (szkoda że nie dane nam było pogadać dłużej, ale uściskanie zapamiętam na długo ;), 1Maud (takie kobiety ja Ty to nasz skarb narodowy - tylko nie dawaj postronnym osobom klucza! ;) i z Tą dziewczyną (tu wpisz swój nick; skleroza nie boli), która nawiedza (bo nie zarejestrowana ;) Blogpress.pl. Aha, no i jeszcze jakby ktoś z tych co siedzieli w "piekiełku" (na dole) miał watpliwości, o czym tak długo gadałem z Azraelem - musiałem strzępić na niego język (nie dał się przekonać m.in., że śmierci Blidy nie był winien ówczesny układ polityczny, lecz ona sama) po tym, jak nie dał się na samym początku sprowokować do bójki. Przy okazji pozdrowienia dla Budynia (zgadzam się, że zgoda ;) i Bernarda (te Twoje pytania do Gowina były zabójcze - mam nadzieję, że udało Ci się je nagrać).